Katakumbowa ziemistość -Agent Provocateur „L`Agent”

Agent Provocateur „L`Agent”

 

Zaskakujące, że perfumy, które tworzy firma Agent Provocateur, zajmująca się głównie kokieteryjną bielizną balansują zwykle na granicy niszowości, a nawet czasem, jak w przypadku recenzowanych teraz perfum, tę granicę przekraczają.

L`Agent to perfumy, które odbieram jako bardzo posępne, a wręcz roztaczające złowrogą aurę. Jest tu cień i wilgoć, ziemne ściany i chłodna gładkość kamiennego pomnika.

Kompozycja ta to ekscentryczna elegancja ujęta w cmentarnej odsłonie, wytworność wiktoriańskiej wdowy w czarnej krynolinie i z naszyjnikiem z włosów zmarłego na szyi.

L`Agent nie ma w sobie dosłowności Funeral Home Demeter, śmierć jest tu ujęta w symbol, czająca się pod podłogą wypełnionego zapachem kadzidła kościoła, grobem wielmożów pochowanych w marmurowym sarkofagu pod świątynną posadzką.

Jeśli chodzi o nuty, to wyczuwa się głównie kadzidło, paczulę, bursztyn i labdanum, które zestawione razem tworzą często w perfumach specyficzny piwniczny nastrój, jak chociażby ma to miejsce w niszowym „Psychedelique” marki Jovoy. W otwarciu L`Agenta jest również sporo pieprzu. Początkowo zapach jest ostry i wytrawny, później pojawia się gdzieś w tle słodkawa mirrowo – bursztynowa nuta – posępna balsamiczność podziemi.

L`Agent to jedne z perfum , które wśród dotychczas przeze mnie poznanych, najbardziej zasługują na miano gotyckich.

Nuty: kadzidło, mirra, paczula, bursztyn, drzewo sandałowe, piżmo, różowy pieprz, francuskie labdanum, ylang-ylang, róża majowa, geranium, dzięgiel, tuberoza, jaśmin, drzewo różane, piołun, osmantus.

 

Żywiczny smutek grudniowych nocy – Jovoy „La Liturgie des Heures”

Jovoy „La Liturgie des Heures”

„Liturgia Godzin” zaczyna się żywicą. Wybrzmiewa ona bardzo naturalnie, pulsującym żywym sokiem wypływającym z naciętej kory iglastego drzewa. W tą świeżą, niemal zieloną żywiczność nieuchronnie wnika jednak lekko zatęchły mrok, który zwykł wypełniać drewniane wnętrza starych kościołów. Lepka bursztynowość żywicy przenika się teraz z zapachem przesiąkniętych kadzidłem, zapomnianych w rozsychającej się drewnianej szafie na plebanii szat liturgicznych.

Kadzidło, obok cyprysowej iglastej, nuty jest głównym elementem tej kompozycji. Nie jest ono jednak zimne, kamienne  jak te znane chociażby z „Avignon” marki Comme des Garcons czy „Oliban” Nou. Wręcz przeciwnie, jest rozgrzewające i suche aromatyczną suchością starego drzewa ze słodkawą szczyptą mirry, a jednocześnie noszące w sobie melancholijny, żeby nie powiedzieć smutny ładunek emocjonalny.

„La Liturgie des Heures” to zapach przeszłości. Jakaś grudniowa noc, gdzie wiatr ciska ostatnią garścią obumarłych liści, jakaś bezksiężycowa ciemność z dogorywającym ogniskiem, którego kres odbiera nadzieję. Smutek starych kościelnych ław. Opuszczona stulecia temu wieś, zapadające się w otchłanie szarej mgły przegniłe strzechy. Zwycięski pochód pokrzyw i bylic pożerający wszystko na swojej drodze, a potem czerniejących i pochylających się starczo pod naporem późnojesiennych wiatrów.

Nuty: kadzidło, cyprys, olibanum, mirra, francuskie labdanum, nuty zielone, piżmo.

Ziemia po kataklizmie i mroczna zieloność – Franck Boclet „Ashes”



Franck Boclet „Ashes”

„Ashes” marki Franck Boclet,  są perfumami, do których ich nazwa, tytułowe popioły, dopasowana jest idealnie, ale o tym przekonać się można dopiero po jakiejś godzinie od aplikacji.

Jest to zapach, który przechodzi podczas swojego trwania na skórze liczne metamorfozy. Mimo, że testowałam je dość dokładnie już kiedyś ( http://perfumanka.pl/2018/08/04/dwa-zapachy-z-krainy-dymu-i-popiolow-franck-boclet-ashes-i-montale-greyland/ ), tym razem fazy zapachu ułożyły się w zupełnie nowym, innym porządku.

Początkowo „Ashes” to zapach mrocznozielony, zanurzenie w gorzkim morzu bylicy piołun i oparach kadzidła. Zaznacza swoją obecność również kora drzew, woń przesiąkniętej dymem suchej leśnej ściółki. Na tym etapie perfumy te to cemne jesienne ścieżki, czerń nagich drzew, cienie uschniętych gałęzi, grudnie i listopady,

Po pierwszym drzewno-zielonym ogniwie twór Francka Boclet pogrąża się w coraz ciemniejsze gorzko – ziemiste otchłanie i wkracza w tony wręcz postapokaliptyczne. Przywodzi mi wtedy na myśl obróconą w pył po wielkim kataklizmie krainę, przysypaną popiołami, martwą i wypaloną, o spękanej ziemi. Perfumy te są wtedy głęboko suche i pyliste, dźwięczy w nich wyraźny posępny, wręcz złowrogi ton.

Zapach ten odpowiedni będzie dla melancholików ceniących smutek zabytkowych cmentarzy, nostalgię jesiennych alei i skrzypienie leśnych konarów targanych wiatrem. Nie gustującym w takiej atmosferze może wydać się zbyt przygnębiający.

Nuty: piołun, kadzidło, drzewo gwajakowe, cedr atlaski, nuty drzewne, goździki, bursztyn, paczula, piżmo.

W cieniach katedr – Nou „Oliban”





Nou „Oliban”

„Oliban” polskiej marki Nou, jest kadzidłem rodem z romańskich budowli – kamienne ściany pogrążonego w półmroku przedwiecznego wnętrza, to obraz jaki malują te perfumy.

Króluje tu prostota i surowość. Chłód marmurowych posadzek łączy się z ziemistą, lekko zatęchła wilgocią paczuli.

„Oliban” prezentuje kadzidło kamienne i ciemne, pozbawione wszelkiego dymnego ciepła, akordów drewna, żywicznej balsamiczności. Wnętrze kamiennego kościoła sportretowano bardzo realistycznie, ale i z indywidualną wizją  – nastrojem posępnej surowości tak intensywnej, że wręcz złowrogiej. Wszystko tu zastygło w strumieniu przemijania i wiecznym cienistym chłodzie, wszelkie iskry życia dawno wygasły, zostało tylko wspomnienie pra wieków i kamienna pustka.

Parametry wytworu marki Nou, który, kiedyś powszechnie obecny w popularnych sieciowych drogeriach, staje się coraz trudniejszy do kupienia, są średnie – projekcja umiarkowana, ale wyczuwalna, trwałość ok. 3-4 godzinna.

Na forach perfumiarskich opinie na temat tych perfum są podzielone – niektórzy twierdzą, że „Oliban” może śmiało współzawodniczyć z sześciokrotnie i więcej razy droższymi kadzidlakami jak Casbah czy Avignon Comme des Garcons,  inni postrzegają go jako przyzwoity, choć nieco toporny zapach, a część konstatuje z pogardą, że daleko temu tworowi do „prawdziwych” perfum i stawiają „Oliban” w jednym rzędzie z najtańszymi zapachami z popularnych drogerii. Z tym ostatnim poglądem trudno mi się zgodzić. Nie jestem wprawdzie w stanie ocenić jakości użytych składników czy zgodności z wymogami perfumowego rzemiosła, ale nie wydaje mi się, żeby to właśnie było istotą recepcji zapachów. Jeśli traktuje się perfumy jako środek do tworzenia wrażeń, obrazów, i przywoływania emocji, a dany zapach jest w stanie to wywołać (a tak dzieje się w przypadku „Olibana”), to znaczy, że nie może być bezwartościowy.

Nuty: żywica elemi, olibanum, rumianek, paczula, czystek, drzewo sandałowe, skóra, wanilia, benzoes. 




Perfumy turpistyczne: koszmar dla koneserów – Diptyque „L`eau Trois”

Diptyque „L`eau Trois” 

Kolejne perfumy, które z pewnością dla wielu osób będą bardzo trudne w odbiorze. Częściowo może być to spowodowane datą ich powstania – 1975 rok, biorąc pod uwagę, że zapachy z jakiegoś powodu starzeją się dużo szybciej niż muzyka czy sztuki plastyczne, ale głównie jednak ich niszową naturą.

Największe podobieństwo chyba łączy „L`eau Trois” z drewnianym wnętrzem zabytkowego kościoła lub innego starego i dawno nieodwiedzanego przybytku. Ten opuszczony wytwór ludzkiej cywilizacji został jednak całkowicie pokonany i pochłonięty przez naturę. Drewno w tych perfumach marki Diptyque nie jest suchym, kadzidlanym drewnem jakie znamy choćby z Lutensowkich „Fille en Aiguilles”. To drzewo zbutwiałe, mokre od deszczu, z pełnym wachlarzem pleśniowych woni w komplecie, które powoli toczą i pożerają antyczne drewno. Sosna, obecna w składzie, występuje tu nie w postaci balsamiczno-iglastej, ale przywodzącej na myśl obumierające pod warstwą pleśni sosnowe korzenie.

Pojawia się w tych perfumach również dym – brudny, gryzący, jakby powstał z palenia stosów zatęchłych krzeseł i szaf.

Z pewnością „L`eau Trois”tworzy  niebanalny nastrój, przywołuje przeszłość, która uległa zagładzie, przesuwające się widma minionych dni i lat, ale trudno wyobrazić sobie, by ktoś chciał je nosić na codzień. Przydatne mogą być chyba tylko w celu intymnego obcowania z nimi w domu i samotnego kontemplowania obrazów jakie wywołują. Jeżeli ktoś lubi poezję skrzypiących starych schodów i pleśniejących ścian, nie budzi w nim strachu przemijanie i unicestwienie, to doceni posępny urok tych perfum.

Nuty: sosna, olibanum, mirra, rozmaryn, mirt, przyprawy, kminek.

Dymna mimoza – Salvador Dali „Salvador Dali Parfum”


Salvador Dali „Salvador Dali Parfum”

Zapach zdecydowanie bardziej słodki niż można się było spodziewać. Wyobrażałam sobie coś w rodzaju „Youth Dew”Estee Lauder , a dostałam słodko-kadzidlany zapach z dużą dozą mydlanych nut.

Bardzo niewiele jest w tych perfumach tonów orientalnych – „Salvador Dali Parfum” to kadzidło europejskie i z lekka kwiatowe. Goździki i przyprawy czuć tylko w otwarciu, z każdą minutą zapach łagodnieje i traci pikantność.

Jest w tych perfumach  pewna domieszka pudru i delikatnej drzewności za sprawą obecnego w składzie drzewa sandałowego. Kadzidło łączone z lepką słodyczą mimozy brzmi oryginalnie i rzeczywiście jest to zapach nietuzinkowy, chociaż jednocześnie również przystępny i przyjazny w noszeniu. Adekwatnie do flakonu, jakby wyrzeźbionego z czarnej laki i noszącego znamiona pewnej surowości, woń jest poważna, kojarząca się z melancholią pochmurnego, bezwietrznego popołudnia. Czuje się, że nie jest to zapach, który powstał w ostatnich dwóch dekadach, ale nie jest też  przestarzały czy „babciny”.

Myślę, że do wielu osób przemówi ta dymna kwiatowość, mnie jednak brakuje w „Salvador Dali Parfum” nieco więcej szyprowej ostrości, która przełamałaby charakterystyczną smutną słodycz tych perfum. Projekcja i trwałość jest przyzwoita, kilkugodzinna.

Nuty: kadzidło, goździki, drzewo sandałowe, róża, męch dębowy, jaśmin, paczula, piżmo, mimoza, bergamotka.

Dwa zapachy z krainy dymu i popiołów – Franck Boclet Ashes i Montale Greyland.

Mimo podobnego charakteru i nastroju w jakim są utrzymane te perfumy, zasadnicze różnice zaznaczają się już w otwarciu. Montale zaczyna się uderzeniem zielonego pieprzu zmieszanego ze świeżymi, zielonkawymi nutami. Ashes od razu zanurza się w morze bylicy piołun, i początkowo jest o wiele bardziej gorzkie i ponure niż poprzednik.

Po kilkunastu minutach oba zapachy nabierają wyraźnie dymnych tonów. Greyland posępnieje, staje się suchy, gorzkawy i wytrawny, a twór Francka Boclet pogrąża się w coraz ciemniejsze gorzko – ziemiste otchłanie.

Cały czas odnosi się wrażenie, że Greyland jest lżejszy, bardziej zielony i łatwiejszy w odbiorze, a także bardziej korzenny. Nie wyczuwam tu zbyt wiele obecnej w składzie skóry, powiedziałabym, że dominuje pieprz po społu z wetywerią. W Ashes wraz z upływem czasu coraz wyraźniej zaznacza się balsamiczność igieł sosny i jałowca oraz kadzidło, raczej leśne i drzewne w charakterze niż zimno-kościelne.

Podsumowując, bardziej przypadły mi do gustu perfumy sygnowane przez Francka Boclet. Są głębsze, z bardziej sprecyzowanym charakterem, posępne gorzkością piołunu, który przez cały czas nadaje temu zapachowi kierunek. Ashes jest bardziej złożony, mocniej ewoluuje, pokazuje różne twarze. Z dominujące piołunowej goryczy skręca w stronę kadzidlaną, potem dymno-balsamiczną, a na końcu drzewną, z osmalonym żarem ciemnym, suchym drewnem. Pod względem projekcji, większa jest w perfumach Francka Boclet, jeśli chodzi o trwałość, to jest podobna, około 6-7 godzin.

Greyland: pieprz, cedr, wetyweria, skóra, drzewo gwajakowe, drzewo sandałowe, imbir, piżmo, róża.

Ashes: kadzidło, drzewo gwajakowe, goździki, cedr atlaski, piołun, nuty drzewne, bursztyn, paczula, piżmo.

(Krzysztof Stec „Krzesła”)

(Heiko Muller „Monster”)

 

Pochmurna gorycz – Slava Zaitsev „Maroussia”

 Slava Zaitsev „Maroussia”

Mimo, że są to perfumy z kategorii bardzo tanich (ok. 30-40zł) jest to kompozycja dość ambitna i trudna w odbiorze, zupełnie inna niż większość płaskich pachnideł drogeryjnych.

„Maroussia” rozpoczyna się przypływem gorzkiej ziołowości. To roślinna goryczka, szypr i lekka pudrowość gdzieś w tle. Jest też i drewno, ciemne, lekko wilgotne, takie na krawędzi butwienia. „Maroussia” jest niczym cerkiewna mniszka – poważna, szorstka i surowa. Pierwsza faza zapachowa  tych perfum jest jednocześnie fazą ostatnią – są linearne i właściwie nie ewoluują.

Chciałam napisać również, że to woń pozbawiona nawet cienia zmysłowości, ale po głębszym namyśle stwierdzam, że tkwi gdzieś w głębi  „Maroussi” szczypta złowrogiego erotycznego magnetyzmu, posępnego jak sylwetka kobiety rysująca się w oddali na tle zachmurzonego nieba. To kobieta stojąca po pas w rozkołysanych gorzkich ziołach, z  twarzą przysłoniętą, bo Maroussia nie wyjawia wszystkich swoich sekretów, wciąż ma się wrażenie, że obok nut pierwszoplanowych, cały czas obecne jest coś w tle – rozmyte, falujące, wciąż zmieniające formy aby pozostać nieidentyfikowalnym – raz wydaje się, że to ostre nuty zwierzęce, raz, że łagodność fasolki tonka.

Perfumy te spodobają się miłośniczkom niesłodkich, szyprowych, zdecydowanych kompozycji. Niekoniecznie „ładnych”, za to interesującyh. Trwałość jest bardzo dobra, projekcję określiłabym jako umiarkowaną.

Nuty: cywet, aldehydy, goździk, ylang-ylang, drzewo sandałowe, bursztyn, benzoes, wanilia, piżmo, fasolka tonka, tuberoza, cedr, heliotrop, jaśmin, róża, irys, brzoskwinia, orchidea, kwiat pomarańczy, bergamotka, konwalia.

Welcome to my nightmare – „Funeral home” Demeter

Demeter „Funeral home”

Nie da się ukryć, że już sama nazwa produktu firmy Demeter, „dom pogrzebowy” kusi by się z nimi zapoznać, chociażby jako z perfumiarskim kuriozum.

Spodziewałam się po tym zapachu posępnego gotyku, ale w formie raczej niedosłownej, z nutą romantycznego piękna jaką może nieść  śmierć młodych i pięknych ; czegoś w rodzaju „Ofelii” Johna Everetta Millais czy wiktoriańskich „park cemeteries”.  Natychmiast po aplikacji pojawił się natomiast zapach rozkładu i śmierci, zbutwiałych ubrań, które po pogrzebie krewni wyrzucają z szaf zmarłej staruszki, gnijącego w ziemi drewna trumny, ekshumacji, gdzie wyciągane z ziemi ciała wyglądają, cytując Mirona Białoszewskiego, „jak kotlety obtoczone w bułce”. To nie jest romantyczny pogrzeb młodej damy przy świetle księżyca, jak z dziwiętnastowiecznych obrazów, tylko śmierć całkowicie materialna i cielesna, gnicie ciała, złowrogość przemijania czekająca za każdym rogiem. To pokryte rdzą i kurzem wnętrza z japońskich gier, survival horrorów typu Silent Hill czy Forbidden Siren, pełne starych fotografii ludzi, którzy dawno umarli i rozpadających się sprzętów. Zapach uwiądu i zapomnienia łączy się w tych perfumach z wonią sterylnej chemii, która to właśnie kojarzy się z procedurami domów pogrzebowych, takimi jak konserwowanie czy balsamowanie zwłok.

Wydźwięk „Funeral Home” jest o tyle zaskakujący, że żadna z nut zapachowych, no może oprócz tradycyjnie kojarzącej się z cmentarzem chryzantemy, nie wskazywała na taki efekt. Mieszanka kwiatów (lilia, goździk, mieczyk), trawy i drewna mahoniowego nieoczekiwanie stworzyła odpychające wręcz wrażenie.

Przyznam, że testowanie „Funeral Home” było traumą jakich mało. Perfumy po prostu wżarły się w nadgarstek i nie chciały odejść, mimo wielokrotnego szorowania wodą i mydłem. Powoli zaczęłam obawiać się już, że zostaną ze mną na zawsze, niczym jakiś demon z horroru 😉 Szczęśliwie, zapach ten, najbardziej straszliwy na początku, po kilkudziesięciu minutach koszmarnego „memento mori” kiedy po prostu dusi swoimi trującymi trupimi wyziewami, przeobraża się w woń plastikowych nagrobnych kwiatów, co jest już nieco łatwiejsze do zniesienia.

Nutylilia, goździk, chryzantema, trawa, mieczyk, mahoń, nuty orientalne.