Konwaliowa broszka w stylu art nouveau – Dior „Diorissimo”

 

Dior „Diorissimo”

 

„Diorissimo” to zapach, który ukazał się pierwotnie na rynku w 1956 roku. Mimo, że oczywiście są w nim obecne pewne tony vintage, nie czyni to bynajmniej z tych perfum nieodpowiadającej współczesnym gustom zakurzonej ramoty. Wręcz przeciwnie – czas obszedł się z kompozycją marki Dior łagodnie i niedzisiejsza perfumowa estetyka, w której zostały stworzone nadaje im uroku konwaliowej broszki w stylu art nouveau.

Osią „Diorissimo” jest konwalia, lilia i obfita ilości zielonych nut, a wszystko to zostało otoczone szklistym woalem zimnej wody. Od czasu do czasu z pod tej tafli wynurzają się również echa bzu; tak samo zielone i zimne jak reszta kompozycji. Oprócz wyraźnie dominujących wyżej wymienionych akordów, pojawia się też kilka niemal niespotykanych w perfumach składników jak zwartnica (zwana potocznie amarylisem) i boronia, czyli różowo kwitnący australijski krzew.

„Diorissimo” można nazwać zapachem chłodnej wiosny – to przejrzyste, z lekka niedzisiejsze pachnidło, otoczone nostalgicznym nimbem. Mimo swej delikatnej struktury jest to zapach bardzo trwały i wyraźnie wyczuwalny przy każdym ruchu ciała.

Nuty: konwalia, bez, zielone liście, jaśmin, lilia, ylang-ylang, cywet, drzewo sandałowe, zwartnica, bergamotka, rozmaryn

 

Kwiatowe piżmo na ziarnach kawy – Cacharel „Noa”

 

Cacharel „Noa”

 

Noa, które na rynku pojawiły się w 1998 roku, to perfumy trudno definiowalne. Z jednej strony należą do konwencjonalnego, mainstreamowego nurtu, a z drugiej są bardzo unikalne w wyrazie i w ciekawy sposób zbudowane na przeciwieństwach i kontrastach.

Noa jest jednocześnie pełna ostrej, wręcz przeszywającej świeżości jak i wypełniona kremową, gładką materią. Bywa na przemian lodowo mroźna by za chwilę przeobrazić się w ciepłe i waniliowo gładkie zjawisko.

Ciekawym elementem jest nuta kawy – gorzkawe, niezmielone ziarna wprzęgnięte pomiędzy kwiatowo-piżmowe przestrzenie. Dryfując między ostrym a jednocześnie miękkim piżmie i kwiatowych gładkościach tworzy akcent, który mocno wyróżnia te perfumy wśród innych kwiatowych woni.

Wbrew wrażeniu jakie może nasuwać eteryczny, przypominający bańkę mydlaną flakon, Noa, przy całej swojej przejrzystości i świeżości nie jest bynajmniej zapachem lekkim ani uniwersalnym. Piwonia i kawa odcinają się dość ostro z ogólnej kremowej struktury i mogą być postrzegane przez jednych jako drażniący, a przez innych jako piękny i unikalny akord.

 

Nuty: białe piżmo, piwonia, kawa, lilia, frezja, konwalia, drzewo sandałowe, wanilia, kolendra, jaśmin, nuty zielone, zielona trawa, ylang-ylang, kadzidło, fasolka tonka, brzoskwinia, cedr, śliwka, róża.

Lotos w miodowym blasku – Issey Miyake „L`eau d`Issey”

Issey Miyake „L`eau d`Issey”

„L`eau d`Issey” jak na rok, w którym został wydany (1992) brzmi całkiem nowocześnie. Jest mniej chłodny niż się spodziewałam, zapach otacza ciepła poświata stworzona przez miodową nutę melona.

W eteryczne kwiatowe akordy wplatają się łodygi wodnych roślin, ozonowo-zielone i świeże. To wszystko oszklone jest taflą wody, ale nie jest ona lodowata, jak we flankerze „Pure”, lecz wygładzona ciepłym blaskiem słońca.

„L`eau d`I ssey” wybrzmiewają jak łagodne kołysanie lotosu na delikatnie ciepłej toni. Przejrzysta powłoka wody przez którą widać falujące na dnie pędy wodnych roślin.  To perfumy wyciszone, harmonijne, delikatnie szemrzące na skórze.

Ogólnie kojarzone są raczej z wodnym zapachem orzeźwiającym w letnie upały, ja jednak widziałabym je raczej jako odpowiednie na wczesną jesień czy wiosnę. Mimo lotosowej lekkości, ze względu na ciepławy poblask i narkotyczny ciężar tria lilia-frezja-konwalia, perfumy te mogą w gorący dzień dawać wrażenie duszności i przytłoczenia.

Nuty: melon, lotos, konwalia, lilia, peonia, frezja, woda różana, calone, cyklamen, piżmo, tuberoza, goździk, egzotyczne drzewa, osmantus, cedr, drzewo sandałowe, bursztyn.

Liliowo-frezjowy bukiet Ofelii – Diptyque „Ofresia”

Diptyque  „Ofresia”

 

Ofresia to niewątpliwie zapach jednoznaczenie kwiatowy. Jego trzon i głównie wyczuwalny składnik stanowi frezja, zmieszana co najmniej w proporcjach pół na pół z lilią, która oficjalnie nie figuruje w składzie. Wyjaśnieniem tego może być fakt, że aromat frezji w perfumiarstwie nie jest zazwyczaj uzyskiwany z czystego olejku tego kwiatu, lecz jako kombinacja z innymi składnikami, na przykład dodatków jaśminu czy nut zielonych, alfa-terpineolu czy limonenu.

Kwiaty tutaj są przejrzyste, upojne, anielskie, wręcz uduchowione. To transparentne płatki prześwietlone chłodnym światłem księżyca.

Zapachu zielonych części roślin jest niewiele, tylko czasem gdzieś daleko w tle przemknie delikatna omszała zieloność. Perfumy Diptyque to oda do czystych białych kwiatów, zimnych wilgotnym chłodem jakby leżały zatopione na dnie zimowego jeziora.

Nastrój stworzony przez opisywane perfumy to melancholia. Lilia, obok kalii kwiat tradycyjnie kojarzony z nagrobnymi wieńcami, rozsiewa w „Ofresia” upojną, narkotyczną, ale i smutną woń, jakby była kwiatem, który wyrastał w wiecznym cieniu.

Wymienianego w składzie czarnego pieprzu nie ma w tej kompozycji wiele. Ot, tylko szczypta, żeby podkreślić eteryczną kwiatową poświatę. Nut drzewnych wyczuwam jeszcze mniej.

„Ofresię” określiłabym jako perfumy lunarne, księżycowe. Wszystko tu jest świetliste, a jednocześnie ukryte w półcieniach, widmowe, dalekie i chłodne. „Rozmajaczone półsenną jawą”, jak pisał Leopold Staff w wierszu „Sad w księżycu”.

Według mnie jest to zdecydowanie najciekawsza odsłona lilii w perfumach. „Ofresia” byłaby perfumowym ideałem, gdyby tylko parametry użytkowe były nieco lepsze (są na przeciętnym poziomie) i dostępność tego zapachu na polskim rynku większa.

Nuty: frezja, pieprz, nuty drzewne

Maślana lilia z paczulą – Givenchy „Ange ou Demon Tendre”

Givenchy „Ange ou Demon Tendre”

Ange ou Demon, czyli anioł lub demon, i mimo dodatkowego słowa Tendre – czuły, tkliwy, długo zastanawiałam się po której stronie mocy stoją te perfumy.

Początkowo głównym bohaterem jest paczula, ale bardzo szybko dołącza do niej kremowo gładka lilia. To kwiat kosmetyczny raczej niż naturalny, nie tak upojny i mocny, za to łagodny i maślany.

Sporo jest też delikatnych akordów drzewnych, za co odpowiada brazylijskie drzewo różane obecne w składzie.

Nie jest to jednak wcale łatwa i oswojona kompozycja. Kosmetyczna kremowość białych kwiatów (lilia, konwalia, kwiat pomarańczy) w połączeniu z cierpką paczulą daje chwilami lekko winny efekt. Ta nieoczekiwana cierpkość jest jak nieoczywisty, a nawet złowrogi cień, który zapada nad nieco mdłą gładkością lilii.

Na pozór używane w konwencjonalnych kompozycjach grzeczne nuty, tworzą tu całość dość zaskakującą.  Jest ładnie, ale dziwnie, a nawet i trochę smutno, bardzo trudno jest uchwycić opisem naturę tego zapachu.

„Ange ou Demon Tendre” to perfumy  nieoczywiste i nieokreślone, słodko-winne, według mnie trudniejsze i mniej komercyjne w odbiorze niż klasyczne Ange ou Demon.

Nuty: lilia, brazylijskie drzewo różane, paczula, kwiat pomarańczy, heliotrop, konwalia, mandarynka, piwonia.

Białe kwiaty, wanilia i tytoń obrócone w proch – Franck Boclet „Cocaine”

Franck Boclet „Cocaine”

Nie lubię tuberozy, gdyż często wybrzmiewa ona plastikowo i drażniąco, ale w „Cocaine” jest zupełnie inna niż się ją zwykle w perfumach spotyka. Miękka, oleista, pastelowa, jakby połączona z lekką nutą drożdżowego ciasta.

Perfumy są dość słodkie, ale jest to słodycz stonowana i z pewnością nie nadmierna. Nie tworzy jej cukier czy nuty gourmand, lecz słodkość kwiatowego pyłu i delikatnej, jakby migdałowej wanilii. W tle snuje się zapach tytoniu, wdzierający się w mleczno-oleistą łagodność tych perfum i nadający jej ostrzejsze echa.

Te właśnie nuty karmelowo-mlecznego cygara równoważą nieco charakter zapachu i  nadają kompozycji bardziej uniseksowego charakteru, mimo, że i tak skłania się ona raczej w stronę kobiecą.

„Cocaine”, mimo, że nie mainstreamowa, wydaje się, w kontraście do nazwy, dość bezpieczna i oswojona. Jeżeli jednak wsłuchamy się w ten zapach głębiej, udaje się wychwycić wzbudzające niepokój echa. Jest tutaj pewna posępna nieruchomość, woskowe zastygnięcie, cmentarny powiew obecnej w składzie lilii. Zaskakuje również barwa płynu, burgundowo-czerwonego, jak kolor zakrzepłej krwi.

Nuty: tuberoza, olej monoi, karmel, lilia, wanilia, tytoń, orchidea, paczula, czerwone jagody, gorzka pomarańcza.

Neurotyczna lilia dla (nad)wrażliwych – Dior „Dune”


Dior „Dune”



Oto  recenzja jaką napisałam na jednym z portali perfumowych po pierwszym zapoznaniu się z wytworem marki Dior : „Zapach trudny, smutny ? Takie określenia powtarzają się w licznych recenzjach, ale albo mam niekonwencjonalny węch, albo piszemy o innych perfumach.  Na mnie Dune sprawiły wrażenie pachnidła bardzo klasycznego, eleganckiego i bezpiecznego, w sensie, że jest właśnie takie niekontrowersyjne, konwencjonalnie ładne i stylowe. Zapach, który niemal każdej kobiecie pasuje, na każdej będzie leżał elegancko, coś jak sweter z kaszmiru w odcieniach beżu czy kremu. W przypadku mojej skóry odzywają się niemal wyłącznie nuty kwiatowe; jaśmin, piwonia, nie wyczuwam natomiast zupełnie wspominanej przez inne recenzentki soli czy drewna. Zapach jest ciepły, balsamiczny, kojący i słodki. Przyjemny, ale zbyt mało charakterystyczny bym kupiła go ponownie”.

Postrzeganie perfum zależy jednak najwidoczniej od dyspozycji w jakiej jesteśmy danego dnia, bo po kolejnym podejściu do „Dune”, jawiło mi się ono już całkiem inaczej. 

Przede wszystkim na czoło wysuwa się obecna w składzie lilia, występuje ona jednak w ujęciu innym niż ma to miejsce w większości perfum. Jest eteryczna, rozwodniona, zroszona kroplami rosy, pozbawiona natrętnej balsamiczności jaką zwykle ze sobą ta roślina niesie. W „Dune” obecna jest prawdziwa anatomia lilii – wyraźnie wyczuwalny jest aromat wnętrza jej płatków czy kwiatowego pyłku. 

Ta drżąca liliowa nuta nadaje perfumom neurotyczną aurę. To oglądane pod światło przejrzyste płatki lilii i łzy drgające gdzieś wśród pozornego śmiechu, stan emocjonalnego rozchwiania i kruchej równowagi. 

„Dune” określany jest jako zapach drzewny, ale drewniane, matowe i suche nuty brazylijskiego drzewa różanego i sandałowego pojawiają się dopiero na końcu, wprowadzając nieco pragmatyzmu do rozedrganej nerwowości zapachu. W miarę upływu czasu perfumy te wysładzają się jakby miodowymi akordami, pojawia się słońce i obok wilgotnego liliowego chłodu nabierają  bardziej ciepłego charakteru. 

Ze względu na ich eteryczną naturę, odpowiednie są dla osób wrażliwych, które nie do końca identyfikują się z otaczającym światem. Są pełne przemykających cieni, tajemniczych sugestii i niedopowiedzeń, które zachęcają, żeby postrzegać je nie jako kosmetyczny wytwór, ale dzieło sztuki, które należy odczytać i zinterpretować. 


Film reklamowy „Dune” dobrze oddaje melancholijną ulotność tego zapachu:

https://www.youtube.com/watch?v=ZVkI-V7LGaQ



Nuty: brazylijskie drzewo różane, drzewo sandałowe, bursztyn, aldehydy, benzoina, mech dębowy, mandarynka, wanilia, lilia, ylang-ylang, paczula, pszonak, bergamotka, jaśmin, piwonia, piżmo, róża.

Demon okiełznany – Givenchy „Ange ou Demon”

Givenchy „Ange ou Demon” 

Nazwa „anioł lub demon” sugeruje dwoistość natury tych perfum, a design i kolorystyka utrzymanego w przejrzysto grafitowej barwie flakonu przekonuje, że bliżej im do diabelskości.

Spodziewawszy się w związku z powyższym czegoś groźnego i drapieżnego, początek mnie rozczarował, bo okazał się być głównie waniliową słodyczą.

Dopiero po jakiejś półgodzinie noszenia tych perfum, gdzieś w tle zamajaczyły także ziemiste, bardziej posępne nuty jak wybrzmiewające w powietrzu ponurą melodią chorały gregoriańskie. 

„Ange ou Demon ” kojarzy się z ciemnymi jesienno-zimowymi nocami, kiedy „kołyszą się w gałęziach grudnie i listopady” , jak pisał w swoim wierszu Broniewski.

Jest też w tle drzewno-butwiejący akord,  coś jakby wnętrza starego drewnianego kościoła w pochmurny dzień i dużo woskowego zapachu dopalających się świec.

Demon z nazwy tych perfum to raczej „demony” w sensie psychologicznym, czyli nie nadprzyrodzone, groźne istoty, ale gnębiące, depresyjne myśli, bo zapach ma w sobie niewątpliwy smutek. 

Jednak w tych przepastnych ciemnościach pojawia się promyk nadziei; wśród zimnej nocy błyska gdzieś światełko bezpieczeństwa i schronienia w postaci ciepłych korzennych akordów, a melancholijność perfum została złagodzona kremową łagodnością wanilii i lilii oraz soczystą nutą mandarynki. 

Mimo, że wraz z upływem czasu ich słodycz  mocno się tonuje, „Ange ou Demon” mogą być odbierane jako perfumy męczące i ciężkie. Eleganckie, poważne, zrównoważone, dojrzałe i nieco depresyjne , ale z pewnością ciekawe i warte zapamiętania.

Nuty: wanilia, szafran, lilia, fasolka tonka, tymianek, ylang-ylang, orchidea, brazylijskie drzewo różane, mech dębowy, mandarynka.

Welcome to my nightmare – „Funeral home” Demeter

Demeter „Funeral home”

Nie da się ukryć, że już sama nazwa produktu firmy Demeter, „dom pogrzebowy” kusi by się z nimi zapoznać, chociażby jako z perfumiarskim kuriozum.

Spodziewałam się po tym zapachu posępnego gotyku, ale w formie raczej niedosłownej, z nutą romantycznego piękna jaką może nieść  śmierć młodych i pięknych ; czegoś w rodzaju „Ofelii” Johna Everetta Millais czy wiktoriańskich „park cemeteries”.  Natychmiast po aplikacji pojawił się natomiast zapach rozkładu i śmierci, zbutwiałych ubrań, które po pogrzebie krewni wyrzucają z szaf zmarłej staruszki, gnijącego w ziemi drewna trumny, ekshumacji, gdzie wyciągane z ziemi ciała wyglądają, cytując Mirona Białoszewskiego, „jak kotlety obtoczone w bułce”. To nie jest romantyczny pogrzeb młodej damy przy świetle księżyca, jak z dziwiętnastowiecznych obrazów, tylko śmierć całkowicie materialna i cielesna, gnicie ciała, złowrogość przemijania czekająca za każdym rogiem. To pokryte rdzą i kurzem wnętrza z japońskich gier, survival horrorów typu Silent Hill czy Forbidden Siren, pełne starych fotografii ludzi, którzy dawno umarli i rozpadających się sprzętów. Zapach uwiądu i zapomnienia łączy się w tych perfumach z wonią sterylnej chemii, która to właśnie kojarzy się z procedurami domów pogrzebowych, takimi jak konserwowanie czy balsamowanie zwłok.

Wydźwięk „Funeral Home” jest o tyle zaskakujący, że żadna z nut zapachowych, no może oprócz tradycyjnie kojarzącej się z cmentarzem chryzantemy, nie wskazywała na taki efekt. Mieszanka kwiatów (lilia, goździk, mieczyk), trawy i drewna mahoniowego nieoczekiwanie stworzyła odpychające wręcz wrażenie.

Przyznam, że testowanie „Funeral Home” było traumą jakich mało. Perfumy po prostu wżarły się w nadgarstek i nie chciały odejść, mimo wielokrotnego szorowania wodą i mydłem. Powoli zaczęłam obawiać się już, że zostaną ze mną na zawsze, niczym jakiś demon z horroru 😉 Szczęśliwie, zapach ten, najbardziej straszliwy na początku, po kilkudziesięciu minutach koszmarnego „memento mori” kiedy po prostu dusi swoimi trującymi trupimi wyziewami, przeobraża się w woń plastikowych nagrobnych kwiatów, co jest już nieco łatwiejsze do zniesienia.

Nutylilia, goździk, chryzantema, trawa, mieczyk, mahoń, nuty orientalne.