Soczysty grejpfrut z cukrem – Mugler „Innocent”

Mugler „Innocent”

Początek to soczysta czarna porzeczka, ale to wrażenie zapachowe dość szybko kieruje się w stronę gorzkawo słodkich cytrusów. Przez większość czasu „Innocent” to słodkawa gorzkość grejpfruta posypanego cukrem. Wprawdzie nuty grejpfrutowej w składzie tych perfum nie ma, ale doskonale imituje ją połączenie czarnej porzeczki, mandarynki i bergamotki. W miarę rozwoju zapachu cukier roztapia się, zalewając gorzkość miąższu cukrowym syropem. To właśnie to połączenie gorzko-słodkich owoców stanowi trzon i definicję „Innocent”.

Wraz z upływem czasu wibrująca, soczysta, a jednocześnie chłodna owocowość nieco cichnie, a na jej miejsce wlewa się słodkość pralinowej nuty wygładzonej piżmem w nieco mydlaną stronę. I w takiej właśnie formie – piżmowej praliny z cytrusowymi niuansami „Innocent” trwa już do końca. Przyznam, że ten wytwór Muglera nie porwał mnie, chociaż są to perfumy całkiem przyzwoite i co ciekawe, nie mają praktycznie żadnych konotacji vintage, co mogłaby sugerować data ich pojawienia się na rynku – rok 1998. Równie dobrze mogłyby powstać kilka lat temu, a nie dwie dekady wstecz.

Trwałość „Innocent” jest dość dobra, projekcja niestety rozczarowuje, żeby poczuć zapach po upływie 3-4 godzin należy trzymać nos tuż przy skórze.

Nuty: czarna porzeczka, pralina, czerwone jagody, mandarynka, bergamotka, migdał, białe piżmo, bursztyn.

Wspomnienie lat dziewięćdziesiątych : karmelowo-gruszkowe ciastko do kawy – Cafe Parfums „Cafe Cafe”

 

 Cafe Parfums „Cafe-Cafe”

Przyznaję, że perfumy te, wydane w 1996 roku, kupiłam teraz z sentymentu. To był pierwszy zapach, którego używałam jako nastolatka. Obecne „Cafe-Cafe” pachną identycznie jak te w latach dziewięćdziesiątych, nie przeprowadzono na nich żadnej reformulacji.

Zawiedzie się ten kto oczekuje zapachu mocnego espresso. Mimo nazwy, nuta kawy jest w cafe cafe delikatna, słodka i rozcieńczona mydlanymi oparami. Ta kawa z mlekiem i cukrem, w filiżance świeżo wymytej mydłem, szybko przeobraża się w woń, którą ja określiłabym jako owocowo-karmelową. Wyraźnie wyczuwalna jest obecna w składzie dojrzała brzoskwinia, która wydaje się być polana karmelem lub klonowym syropem. Mimo to, „Cafe-Cafe” nie są przesadnie słodkie – gdzieś w tle majaczy cytrusowa nuta cytryny i bergamotki, która nadaje im pewnej rześkości.

Jest to zapach całkowicie linearny, od początku do końca taki sam, słodko-brzoskwiniowo-gruszkowy, z echem białych kwiatów (jaśmin i konwalia w składzie) i mydlaną nutką. Kojący, spokojny, ale i niestety zbyt zachowawczy. Jeżeli ktoś, tak jak ja, nie gustuje w  mydlanych nutach, nawet jeżeli to mydło jest delikatne, kremowe i naturalne, powinien trzymać się od „Cafe-Cafe” z daleka. Trwałość i projekcję należy określić jako przeciętne.

Nuty: brzoskwinia, gruszka, marakuja, karmel, wanilia, jaśmin, irys, piżmo, konwalia, drzewo sandałowe, cytryna, tuberoza, róża, rozmaryn, paczula, bergamotka.

 

The garden from hell czyli Cacharel „Eden”


Cacharel „Eden”

Nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa „Edenu”, zwłaszcza po licznych recenzjach określających go jako perfumy kontrowersyjne i z gatunku „love or hate”. Niestety, szybko okazało się, że nie będę należeć do grona miłośniczek tego wydanego w 1994 roku zapachu.

Pierwsze uderzenie jest ostre i szyprowe, potem dominuje zatęchła nuta, ciepła nieprzyjemną ciepłotą stanu zapalnego. Kto liczy na orzeźwiającą zieloność ten srodze się zawiedzie. To raczej wysychający staw pełen butwiejących wodnych roślin i rozsypujące się ze starości, pokryte pajęczynami bukiety ukryte gdzieś w zapomnianych szafach. A jeżeli już ogród, to umierający, w fazie uwiądu, podgrzewany piekielnymi oparami i nawiedzany przez szatana, jak w wierszu Leopolda Staffa :

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię…

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem

Co do użytych w tych perfumach nut, to na pierwszym planie jest smętno-jesienna paczula, przywiędła mimoza, mdły melon i nieświeży lotos. Mieszanka ta jest bardzo trwała, długo utrzymuje się na skórze, a jej duszące opary są mocno wyczuwalne przez otoczenie. Jednym słowem, „Eden” to chyba nazwa w tym przypadku ironiczna, bo zamiast rajskiego ogrodu otrzymujemy zatęchłe podziemia.

Z drugiej strony, jak wiadomo, perfumy na każdym pachną inaczej. Zależy to między innymi od ph skóry, indywidualnych różnic w wydzielaniu hormonów, diety, temperatury ciała, a recenzowany przeze mnie zapach, mimo, że mocno kontrowersyjny, osiągnął jednak sporą popularność. Ponieważ ze względu na wrodzone cechy biochemiczne mojej skóry nie dane mi było zrozumieć co w nim może pociągać, chętnie poznam argumenty miłośniczek „Edenu” , żeby poznać i docenić jego fenomen.

Nuty: mimoza, lilia wodna, paczula, tuberoza, melon, lotos, ananas, drzewo sandałowe, akacja, brzoskwinia, jaśmin, cedr, konwalia, fasolka tonka, bergamotka, mandarynka, cytryna, róża.