Kakaowa kawa z syropem miętowym – Atelier Cologne „Cafe Tuberosa”

Atelier Cologne „Cafe Tuberosa”

Kawa niewątpliwie tu jest. I to raczej ta w ziarnach, palona niż ropuszczona w filiżance i zduszona mlekiem. Jest również trudna do zidentyfikowania mentolowo-ziemista nuta, przypominająca miętę, zapewne zasługa tuberozy, która lekko popycha te perfumy w kierunku niszy. Obecnego w składzie ziarna kakaowca na początku nie czułam prawie wcale, dopiero w późniejszej fazie ujawnił się w matowym wydaniu rodem z deserowej, lecz nie gorzkiej czekolady, za to jest dość wyraźny kardamon i  pobrzmiewający w tle olejek różany.

Na etapie początkowym jest słodkawo i trochę dziwnie – nietypowo i ciepło, mimo charakterystycznego jakby mentolowego powiewu. Zapach nie rozwija się jakoś szczególnie dużo, główna zmiana to proporcjonalne do upływu czasu narastanie słodyczy, która jednak nigdy nie staje się przesadzona. Wtedy kawę zaczyna przyćmiewać słodkawe, pyliste kakao i łagodnieje dziwaczna nieco w tej kompozycji  miętowo-tuberozowa nuta.

Dla mnie tej mentolowej zieloności jest „Cafe Tuberosa” mimo wszystko zbyt dużo, choć niewątpliwie ta nuta dodaje perfumom oryginalności. Niewątpliwą zaletą jest natomiast przedstawienie kawy nie w typowy dla przemysłu perfumeryjnego przesłodzony mleczny syntetyczny sposób, rodem z saszetek typu 3w1, lecz w dość naturalnej odsłonie espresso. Niestety, kawa ta zbyt szybko, bo już po jakichś dwóch godzinach ustępuje pola kakaowym słodko-gourmandowym nutom. Projekcja raczej trzymająca się blisko skóry, trwałość bardzo dobra.

Nuty: kawa, ziarno kakaowca, indyjska tuberoza, olej różany, madagaskarska wanilia, gwatemalski kardamon, kalabryjska bergamotka, sycylijska mandarynka.

Jodłowa żywiczność z kroplą wanilii i kardamonowym echem – Franck Boclet „Fir Balsam”

Franck Boclet „Fir Balsam”

Od razu przyznam, że jestem wielką fanką marki Franck Boclet. Są to kompozycje nietuzinkowe, ale nie szokujące, z finezyjnym francuskim sznytem, zgrabnie skrojone, nie mainstreamowe ale i nie rodem z głębokiej dziwacznej niszy.

Nie wiem jak dokładnie pachnie jodła balsamiczna w odróżnieniu od sosny, ale z łatwością mogę sobie wyobrazić, że jest to woń podobna do perfum Francka Boclet.

„Fir Balsam” to nie zapach igieł, tylko właśnie balsamicznej żywicy (obecność benzoesu i labdanum w składzie) zmieszanej z korą iglastego drzewa. Aromatyczny, gęsty, słodkawy „Fir Balsam”  reprezentuje las  końca września lub wczesnego października. Świetlisty, łagodnie suchy i nie zagrażający. To nie posępny ciemny bór, ale przestrzenny las iglasty, z piaszczystą glebą i brzozowymi zagajnikami. Las w środku dnia, osnuty pajęczynami łagodnego słonecznego blasku, wszystko jest tu miękkie, ciepłe i akwarelowo rozmyte.

Przy całej żywiczności i lekkiej dymności tych perfum wyraźnie wyczuwalny jest dodatek wanilii, jest tu ona jednak tylko jednym z płynnie łączących się składników, a nie osobnym bytem. Nadaje perfumom słodkiej aksamitności, bez żadnych konotacji gourmandowych czy spożywczych. Wszystko brzmi tu naturalnie, prawdziwie, widać również wyraźną wizję interpretacyjną twórców. Ciekawych, nietypowych akcentów nadaje również połączenie dzięgla, czerwonych jagód i kardamonu.

Podsumowując, Fir Balsam to kompozycja bardzo udana, która dorównuje świetnemu „Tobacco” tej marki. Urocze wczesnojesienne lub końcowoletnie pachnidło, lekko melancholijne, łatwo noszalne, bez żadnych chemicznych, sztucznych konotacji. A przy tym wszystkim, jak to zwykle u Francka Boclet bywa, świetna trwałość i bardzo przyzwoita projekcja.

Nuty: jodła balsamiczna, benzoes, wanilia, labdanum, paczula, czerwone jagody, dzięgiel, kardamon, róża majowa.

Jego wysokość słoń – Kenzo ” Jungle L`Elephant”

Kenzo „Jungle L`Elephant”


Nuty: goździk, kardamon, wanilia, kminek, lukrecja, kmin, mango, ambra, ylang-ylang, paczula, mandarynka, heliotrop, gardenia. 

Okropny filmik reklamowy, który w zamierzeniu miał zdaje się łączyć pierwotność słonia z nowoczesnością w postaci wręcz futurystycznego image`u modelki. Wyszło tandetnie i plastikowo, może zniechęcić.

https://www.youtube.com/watch?v=TVRNaoVtQJE

Przede wszystkim ten zapach to prawdziwy kameleon. W każdej fazie jest inny i bardzo ciekawie śledzi się te metamorfozy.

Dżungli, wymienionej w nazwie jest tu niewiele, jeśli rozumieć ją jako gąszcz egzotycznych plączy zanurzonych w wilgotnym równikowym powietrzu. Są to raczej suche sawanny porośnięte baobabami i nomen omen trawą słoniową.

Bezpośrednio po aplikacji jest balsamiczny i utrzymany nieco w stylistyce „Poison” Diora. Potem znienacka stery przejmuje goździk i zapach z aromatycznego miodnego syropu przeobraża się nagle w ostrą i dość nieprzyjemną w odbiorze woń.

Po jakiejś półgodzinie znów łagodnieje i zmienia się w  miodowo-kardamonowo-waniliową gęstość z dodatkiem heliotropu. I te właśnie ciepłe, kojące, zmatowione nuty pozostają aż do końca.

L`elephant stanowi dobrą propozycję dla kogoś kto nie lubi popularnych kwiatowych czy owocowych zapachów, a typowo orientalne i drzewne ocenia z kolei jako zbyt wytrawne i pozbawione romantycznej nuty. To perfumy dla tych, którzy poszukują aromatu oryginalnego i z unikalnym charakterem, ale nie chcą wchodzić w ekscentryczny świat perfum niszowych. Trwałość i projekcja tych perfum są już legendarne i stanowią dodatkowy czynnik skłaniający do zakupu.

Dla mnie to perfumowy numer trzy po „Hypnotic poison” i „Poison” Diora – „Jungle L`Elephant” to perfumy przemyślane i nietuzinkowe, ale brakuje mu trochę tej magii jaką emanują „trucizny”.