Mydlana róża w zwodniczym flakonie – Escada „Especially Elixir”


Escada „Especially Elixir” 

Nie ukrywam, że flakon i kolor zawartego w nim płynu zachwycił mnie do tego stopnia, że pod wpływem impulsu kupiłam go w ciemno. I niestety, nie była to najlepsza decyzja. Purpurowa barwa perfum sugeruje zapach intensywny i wyraźnie zdefiniowany. Tymczasem „Especially elixir” to woń rozmyta, jakby rozwodniona, ze sporym dodatkiem nijakiego mydła. Spodziewałam się czegoś o większej mocy, intensywniejszym zapachu, a tu czuję mdłą różaną łagodność, którą lepiej oddawałaby pastelowa buteleczka niż ta ognista fuksja. Na podstawie barwy flakonu, tak wyobrażałabym sobie raczej wersję Especially – stonowaną i subtelną.

Wzasadzie przez cały czas noszenia, zapach nie zmienia się, jest linearny, nieokreślony, trochę różany, ale w mydlanym wydaniu i cierpkawy.

Gdzieś w tle kołaczą się echa gruszki i śliwki, ale również są rozwodnione i zanurzone w różanym mydle.

Ci którzy spodziewają się słodkiej różanej konfitury zawiodą się – owszem, jest trochę słodkawo. ale tylko powierzchownie.  W tej róży zawarta jest nuta kwaśnawej goryczki, co zdaje się ma odzwierciedlać cień nad różanym ogrodem, ze zdjęć reklamujących te perfumy.

Niby nie jest to zapach zły, może się podobać, ale  czegoś w nim brakuje. Może tej odrobiny szlaeństwa obiecanej przez intensywną purpurę flakonu.

Nuty: róża, śliwka, gruszka, paczula, białe piżmo, grejpfrut, piżmo ambrowe, drzewo kaszmirowe, ylang-ylang, bursztyn, madagaskarska wanilia.

Wspomnienie lat dziewięćdziesiątych : karmelowo-gruszkowe ciastko do kawy – Cafe Parfums „Cafe Cafe”

 

 Cafe Parfums „Cafe-Cafe”

Przyznaję, że perfumy te, wydane w 1996 roku, kupiłam teraz z sentymentu. To był pierwszy zapach, którego używałam jako nastolatka. Obecne „Cafe-Cafe” pachną identycznie jak te w latach dziewięćdziesiątych, nie przeprowadzono na nich żadnej reformulacji.

Zawiedzie się ten kto oczekuje zapachu mocnego espresso. Mimo nazwy, nuta kawy jest w cafe cafe delikatna, słodka i rozcieńczona mydlanymi oparami. Ta kawa z mlekiem i cukrem, w filiżance świeżo wymytej mydłem, szybko przeobraża się w woń, którą ja określiłabym jako owocowo-karmelową. Wyraźnie wyczuwalna jest obecna w składzie dojrzała brzoskwinia, która wydaje się być polana karmelem lub klonowym syropem. Mimo to, „Cafe-Cafe” nie są przesadnie słodkie – gdzieś w tle majaczy cytrusowa nuta cytryny i bergamotki, która nadaje im pewnej rześkości.

Jest to zapach całkowicie linearny, od początku do końca taki sam, słodko-brzoskwiniowo-gruszkowy, z echem białych kwiatów (jaśmin i konwalia w składzie) i mydlaną nutką. Kojący, spokojny, ale i niestety zbyt zachowawczy. Jeżeli ktoś, tak jak ja, nie gustuje w  mydlanych nutach, nawet jeżeli to mydło jest delikatne, kremowe i naturalne, powinien trzymać się od „Cafe-Cafe” z daleka. Trwałość i projekcję należy określić jako przeciętne.

Nuty: brzoskwinia, gruszka, marakuja, karmel, wanilia, jaśmin, irys, piżmo, konwalia, drzewo sandałowe, cytryna, tuberoza, róża, rozmaryn, paczula, bergamotka.

 

Industrialna gruszka – Serge Lutens „La Vierge De Fer”

 

Serge Lutens  „La Vierge De Fer” 

 

„La Vierge De Fer”, czyli po francusku Żelazna Dziewica. Tytuł, jak wszystkie zresztą nazwy perfum Serge Lutensa ma nieść ze sobą  znaczenie, gdyż twórca ten wierzy, że język wpływa na postrzeganie zmysłami, tak jak w tym wypadku węchem.  Serge Lutens zawsze tworzy dla swoich perfum historie, zanurzone w psychologii, psychoanalizie, literaturze i sztukach wizualnych.

Co do „La Vierge De Fer”, to trudno postrzegać je jako narzędzie tortur, tytułową żelazną dziewicę – to kompozycja na wskroś nowoczesna, industrialna poprzez metaliczne nuty w składzie, a jednocześnie łatwo noszalna i zdecydowanie kobieca.

Jest w niej dużo lekkości, przejrzystych struktur, płynnie przenikających się rozmytych nut. Dużo w tych perfumach niedpowiedzeń i tajemniczości, a jednocześnie jakiś żywy dziewczęcy urok. Trochę w nich smutku, trochę pogody.

Z rozczarowaniem natomiast stwierdzam, że nie wyczuwam prawie w tej kompozycji lilii, ze względu na którą zresztą ją nabyłam. Dominuje gruszka – słodka, soczysta, dojrzało-pomarańczowa. Nie jest to jednak zwykły owoc. To gruszka podszyta metaliczną powłoką, chłodną i pozbawioną patosu jak nagrobna płyta z szarego lastryko. Niewiele też jest kadzidła, które mogłoby nadać tym perfumom więcej morku.

„La Vierge de Fer” to dobry początek na rozpoczęcie przygody z perfumami niszowymi – te zdecydowanie są noszalne i mogą podobać się nawet osobom niespecjalnie odważnym i nieprzygotowanym na ekstremalne eksperymenty. Jeśli chodzi o parametry użytkowe, to są dość trwałe, ale bliskoskórne.

Nuty: lilia, gruszka, kadzidło, drzewo sandałowe.