Konwaliowa broszka w stylu art nouveau – Dior „Diorissimo”

 

Dior „Diorissimo”

 

„Diorissimo” to zapach, który ukazał się pierwotnie na rynku w 1956 roku. Mimo, że oczywiście są w nim obecne pewne tony vintage, nie czyni to bynajmniej z tych perfum nieodpowiadającej współczesnym gustom zakurzonej ramoty. Wręcz przeciwnie – czas obszedł się z kompozycją marki Dior łagodnie i niedzisiejsza perfumowa estetyka, w której zostały stworzone nadaje im uroku konwaliowej broszki w stylu art nouveau.

Osią „Diorissimo” jest konwalia, lilia i obfita ilości zielonych nut, a wszystko to zostało otoczone szklistym woalem zimnej wody. Od czasu do czasu z pod tej tafli wynurzają się również echa bzu; tak samo zielone i zimne jak reszta kompozycji. Oprócz wyraźnie dominujących wyżej wymienionych akordów, pojawia się też kilka niemal niespotykanych w perfumach składników jak zwartnica (zwana potocznie amarylisem) i boronia, czyli różowo kwitnący australijski krzew.

„Diorissimo” można nazwać zapachem chłodnej wiosny – to przejrzyste, z lekka niedzisiejsze pachnidło, otoczone nostalgicznym nimbem. Mimo swej delikatnej struktury jest to zapach bardzo trwały i wyraźnie wyczuwalny przy każdym ruchu ciała.

Nuty: konwalia, bez, zielone liście, jaśmin, lilia, ylang-ylang, cywet, drzewo sandałowe, zwartnica, bergamotka, rozmaryn

 

Szyprowa klasyka elegancji – Nina Ricci „L`Air du Temps”


Nina Ricci „L`Air du Temps”


Uwagę od początku zwraca śliczny flakon z korkiem w kształcie pary gołębi. Perfumy te należy zaliczyć do kategorii niedzisiejszych (choćby ze względu na rok wydania 1948), ale jednocześnie nie do przestarzałych. Nie ma tu drażniących, syntetycznych nut charakterystycznych dla perfum z lat osiemdziesiątych czy fizjologicznych zwierzęcych akordów, które to najczęściej tworzą wrażenie zapachu bardzo odległego od współczesnych upodobań.

Perfumy Niny Ricci to monumentalny klasyk, zdecydowanie z kategorii korzenno-szyprowej, ale z tych bardziej miękkich i przystępnych. Wśród bogatego składu najbardziej wyraźny jest tu kwiat goździka, wytrawny i nieco suchy, przyprawy i dębowy mech. Wyczuwalne są również lekko mydlane echa.

„L`Air du Temps” to zapach elegancki i wieczorowy, wytworny w stylu retro. To posągowa wykwintność, która z pewnością spodoba się wielbicielkom „Chanel 5” czy „Youth Dew”. Ja go widzę raczej jako pachnidło na większe i bardziej konserwatywne okazje, typu wieczór w operze czy na eleganckim bankiecie. Początkowa projekcja tych perfum jest dość znaczna, sięgająca poza długość ramion, po dwóch godzinach jednak zaczyna bardziej przylegać do skóry. Dobra trwałość,  zapach utrzymuje się około 6 7 godzin.

Nuty: goździk (roślina), goździki (przyprawa), aldehydy, gardenia, przyprawy, jaśmin, irys, róża, mech dębowy, ylang-ylang, piżmo, fiołek, korzeń irysa, neroli, drzewo sandałowe, brazylijskie drzewo różane, rozmaryn, brzoskwinia, benzoes, bergamotka, bursztyn, wetyweria, orchidea, cedr.

Czarna rzeka zapomnienia – Dior „Poison”

 

 

 

 

Dior „Poison”

Najpiękniejszy w tych perfumach jest początek. Bezpośrednio po aplikacji zapach rozlewa się balsamiczną, ziołowo-syropową strugą zmieszaną z intensywną wonią podwędzanej śliwki. Potem zostaje przysypany pieprzem, a przez to wszystko przedziera się kadzidło.

„Poison” jest jak czarna rzeka o sennym nurcie. Zawarte w tych perfumach nuty zapachowe przelewają się niespiesznie jedna w drugą, tworząc przedziwne czasem, ale jednocześnie porywające wzory. Są tu i zioła zasypane mrokiem, rozsychające drewno starego kościoła, miodowa balsamiczność i liście zwarzone pierwszym przymrozkiem. Zapach przeszłości, donośny, nie dający o sobie zapomnieć, utrzymany w leniwym, transowym rytmie.

Wbrew temu co może sugerować powyższy opis, jest to zapach ciepły, o rozgrzewającej mocy, co zawdzięcza grze kolendry z cynamonem i anyżem. Jest tu ciepło ogniska rozpalonego w mglisty jesienny wieczór i płomieni świec, jest złocisty poblask miodu i bursztynu.

Mimo ciemnych konotacji, nie jest to również zapach smutny czy depresyjny. Jest nastrojowy, stylowy, poważny, ale jednocześnie nasycony pozytywną magią.

Niestety, wraz z upływem czasu na mojej skórze nabiera cierpko-suchych tonów, co odbiera mu sporą część uroku. Trwałość bardzo dobra, około 7-8 godzin, projekcja również jest wyraźnie wyczuwalna.

Poniższy film reklamowy doskonale oddaje charakter tych perfum:

https://www.youtube.com/watch?v=aa-ea_KTPgA

Nuty: śliwka, tuberoza, kadzidło, biały miód, dzikie jagody, cynamon, kolendra, opoponaks, goździk, wanilia, jaśmin, anyż, bursztyn, brazylijskie drzewo różane,  drzewo sandałowe, kwiat afrykańskiej pomarańczy, róża, heliotrop, piżmo, wetyweria, cedr Virginia.

 

Paczulowa miodowość z pazurem – Ted Lapidus „Rumba Passion”


Ted Lapidus „Rumba Passion”

Ostre, drażniące, z mocnym akcentem retro a jednocześnie niepokojąco pociągające.  Przypominają nieco „Poison”Diora, ale bynajmniej nie układem nut zapachowych, tylko charakterem i bezkompromisowym duchem typu „możesz mnie pokochać, albo znienawidzić”.

„Rumba Passion” to perfumy gęste i bardzo charakterystyczne. Czarno-rubinowy kolor flakonu dobrze oddaje ich charakter  – parzą południowym gorącem i dusznymi śródziemnomorskimi nocami. Paczula i miód zdecydowanie grają w nich pierwsze skrzypce, ale ta miodowość jest trochę jakby rodem z Muglerowskiego „Angela” – jadowita i drażniąca jakby nad uchem cały czas latała brzecząc rubinowa pszczoła.

„Rumba Passion” są słodkie, ale gdzieś na dnie tej słodyczy czai się gorzka kropla. Świetna trwałość i bardzo intensywna projekcja sprawiają, że z pewnością warto zastanowić się nad ich zakupem, jeżeli gustuje się w esencjonalnych, gęstych zapachach z lekkim sznytem vintage.

Nuty: miód, paczula, róża, kwiat pomarańczy, wanilia, jaśmin.

Królestwo mchów i porostów – Jacomo „Silences”

 

Jacomo „Silences”

 

Po pierwszej aplikacji oceniłam „Silences” jako tytułową ciszę pełną wilgotnej piwniczności. Na myśl przywodził mi kamienne ściany porosłe zroszonym deszczem mchem. Wyraźny był w nim szypr – ostrawy i kadzidlany, czasem przeplatany lekkim miętowym oddechem.

„Silences ” jawił się jako zapach niewątpliwie trudny – zupełnie pozbawiony słodzyczy, nabrzmiały posępną ciszą.

Dopiero gdy użyłam go drugi raz objawił swoje drugie oblicze. Tym razem mech nie sączył już podziemno wilgotnych woni – wręcz przeciwnie, był suchy i ciepły, wyzłocony blaskiem wczesno październikowego słońca. Obecna w „Silances” mszystość nie jest z tych świeżych jaskrawą zielonością, ale srebrzystym mchem dębowym, obecnym zresztą w jego dolnych nutach. Użyty w tych perfumach cedrowy akord sprawia, że da się wyczuć również żywiczny zapach sosnowych igieł. „Silences” pozostał melancholijny, jak echa minionych jesieni (perfumy te powstały w końcu lat siedemdziesiątych), wciąż szorstki i ziemisty, ale jednocześnie dużo bardziej przystępny w użytkowaniu.

Perfumy idealne na spacer po lesie w ciepły jesienny dzień, zalecam jednak używać ich w dość dużej ilości, bo mają tendencję do szybkiego znikania ze skóry.

Nuty: galbanum, mech dębowy, nuty zielone, hiacynt, wetyweria, konwalia, irys, róża, narcyz, cedr, bergamotka, liść czarnej porzeczki, drzewo sandałowe,

Klasyka bardzo retro – Estee Lauder „Youth Dew”

Estee Lauder „Youth Dew”

Zapach został stworzony w 1953 roku i jego charakter jest zdecydowanie adekwatny do daty powstania. Zaczyna się bardzo retro, z gorzkawą nutą w stylu Chanel 19.

Jest niesłodko, szyprowo (mech dębowy i bergamotka), z ostrymi , zakurzonymi tonami. Czuje się wtedy wyraźnie lawendę, paczulę i goździki. Zapach jest donośny, rozlewający się dookoła, mocno wyczuwalny, a trwałość godna podziwu.

W miarę upływu czasu „Youth Dew” staje się cieplejszy i bardziej strawny niż większość szyprowych perfum z kategorii vintage. W drugiej fazie do głosu dochodzą kremowe tony balsamów ( w składzie obecny jest balsam Tolu i balsam peruwiański, czyli wydzielina z uszkodzonej kory drzewa woniawiec balsamowy, obecnie rzadko używana w perfumach).

Mimo mnogości nut, najbliższym skojarzeniem, jakie przychodzi mi na myśl po aplikacji „Youth Dew” jest matowy zapach popękanego pudru ze starej puderniczki, wyjętej z wieczorowej torebki sprzed lat. Świadomie oceniając te perfumy użyłam określenia „retro”, a nie „babciny”. Ten drugi wyraz  ma pejoratywny wydźwięk, jako, że żyjemy w czasach gdzie, zwłaszcza w sferze mody i kosmetyki, panuje kult młodości. „Babciny” to dla mnie nie retro czy vintage, czyli coś co wprawdzie pochodzi z przeszłości, ale jest estetycznie pociągające, lecz niemodny, przestarzały, odpowiedni tylko dla osób u schyłku życia.  „Youth Dew” zdecydowanie do takich nie należą.

Perfumy te są nieoczywiste, wytworne, z dystansem. Kobiece, ale nie emocjonalne czy uwodzicielskie – to chłodna elegancja w starym stylu.  Zapach ciemny, kojarzący się z późną jesienią lub zimą i grudniowym eleganckim bankietem z lat pięćdziesiątych. Wbrew swojej nazwie – „Youth Dew”, czyli Rosa Młodości, perfumy te zdecydowanie nie są dla dziewczątek, ale dorosłych kobiet doceniających urok prostoty i klimaty vintage. Wielbicielki Opium, Cinnabar, starszych zapachów marki Chanel czy Shalimar Guerlain na pewno będą tworem Estee Lauder usatysfakcjonowane.

 

Nuty: przyprawy, kadzidło, balsam Tolu, goździk (przyprawa), cynamon, paczula, mech dębowy, balsam peruwiański, bursztyn, aldehydy, wetyweria, róża, lawenda, jaśmin, ylang-ylang, jaśmin, wanilia, piżmo, konwalia, liść czarnej porzeczki, pomarańcza, bergamotka, brzoskwinia, orchidea.

 

The garden from hell czyli Cacharel „Eden”


Cacharel „Eden”

Nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa „Edenu”, zwłaszcza po licznych recenzjach określających go jako perfumy kontrowersyjne i z gatunku „love or hate”. Niestety, szybko okazało się, że nie będę należeć do grona miłośniczek tego wydanego w 1994 roku zapachu.

Pierwsze uderzenie jest ostre i szyprowe, potem dominuje zatęchła nuta, ciepła nieprzyjemną ciepłotą stanu zapalnego. Kto liczy na orzeźwiającą zieloność ten srodze się zawiedzie. To raczej wysychający staw pełen butwiejących wodnych roślin i rozsypujące się ze starości, pokryte pajęczynami bukiety ukryte gdzieś w zapomnianych szafach. A jeżeli już ogród, to umierający, w fazie uwiądu, podgrzewany piekielnymi oparami i nawiedzany przez szatana, jak w wierszu Leopolda Staffa :

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię…

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem

Co do użytych w tych perfumach nut, to na pierwszym planie jest smętno-jesienna paczula, przywiędła mimoza, mdły melon i nieświeży lotos. Mieszanka ta jest bardzo trwała, długo utrzymuje się na skórze, a jej duszące opary są mocno wyczuwalne przez otoczenie. Jednym słowem, „Eden” to chyba nazwa w tym przypadku ironiczna, bo zamiast rajskiego ogrodu otrzymujemy zatęchłe podziemia.

Z drugiej strony, jak wiadomo, perfumy na każdym pachną inaczej. Zależy to między innymi od ph skóry, indywidualnych różnic w wydzielaniu hormonów, diety, temperatury ciała, a recenzowany przeze mnie zapach, mimo, że mocno kontrowersyjny, osiągnął jednak sporą popularność. Ponieważ ze względu na wrodzone cechy biochemiczne mojej skóry nie dane mi było zrozumieć co w nim może pociągać, chętnie poznam argumenty miłośniczek „Edenu” , żeby poznać i docenić jego fenomen.

Nuty: mimoza, lilia wodna, paczula, tuberoza, melon, lotos, ananas, drzewo sandałowe, akacja, brzoskwinia, jaśmin, cedr, konwalia, fasolka tonka, bergamotka, mandarynka, cytryna, róża.