Nie daleko pada jabłko od … – Hermès Un Jardin Sur Le Toit

 

Un Jardin Sur Le Toit oznacza po francusku ogródek na dachu, ale mi bardziej kojarzy się z sadem, gdzie dojrzałe, opadłe z drzewa owoce leżą wśród świeżych traw. Nigdy nie byłam fanką nuty jabłka w perfumach, ale tutaj zostało ono przedstawione naprawdę ciekawie i nęcąco. Słodkie, lepkie od soku, wręcz marcepanowe. Dojrzała malinówka lub kosztela. Sporo jest również w tej kompozycji zielonych tonów (nuta trawy w składzie) co nadaje jej uroczo wiosennego charakteru. Un Jardin Sur Le Toit to bardzo miękki, komfortowy w noszeniu zapach, naturalnie owocowy, który w żadnym momencie nie wybrzmiewa sztucznie. Im dłużej trwa na skórze tym więcej pojawia się również korzennych akordów, świeżego korzenia imbiru i rozmarynu. Sporo jest w tym zapachu wiosny, ale też ciut wczesnej jesieni – znajdziemy tu i zielone woale roślinnych pączków i pełne dojrzałych owoców sady. Muśnięcie delikatnego, wrześniowego słońca, jak i radości nadchodzącej wiosny. Godna polecenia, zielono-słodka kompozycja, świeża i jednocześnie przesycona naturalnym owocowym cukrem.

Nuty: czerwone jabłko, trawa, gruszka, róża, rozmaryn, magnolia.

 

 

Zimny dzień laboratoryjnej wiosny – Cartier Carat

 

Po przeczytaniu wielu pochlebnych opinii bardzo chciałam pokochać ten zapach, niestety nie dane nam było nawet się polubić.
Skład sugeruje, że Carat powinien pachnieć jak bukiet wiosennych kwiatów – hiacyntów, narcyzów i tulipanów. Ja czuję w nim również zapach konwalii. Mimo, że nie została ujęta w składzie, nuty często układają się w sposób przypominający jej woń.

Owszem, elementów floralnych wplecionych w ten zimno-słodki zapach jest sporo, ale jednocześnie zadziwia ostry, chwilami nawet nieprzyjemny ton kompozycji. Mimo całej swojej wiośnianej otoczki, Carat nie pachnie naturalnymi kwiatami. Nie jest drażniąco sztuczny, ale wyczuwalne jest dość wyraźnie, że kwiatowe nuty – sztyletowate hiacynty i ostre zielone pędy są laboratoryjnymi tworami. Przewija się przez te perfumy również jakby aromat niezbyt słodkiej, przezroczystej landrynki.

Czytając polskie recenzje zapachu zaczynałam już wierzyć, że być może cierpię na halucynacje węchowe i przenikliwie jaskrawy, przeszywający nozdrza akord jaki przeszkadza  mi w Carat,  istnieje tylko w mojej wyobraźni. Opinie zamieszczone jednak chociażby na angielskojęzycznej wersji serwisu fragrantica potwierdzają, że taki odbiór jest nie tylko moim udziałem.
Wniosek z tego taki, że zanim Carat nie znajdzie się na waszej skórze, nie da się przewidzieć, którą ze swojej dwoistej natury raczy objawić – czy będzie to uroczy, czysty, zielony kwiatowiec czy ostry, syntetyczny i bywa, że drażniący perfumowy twór.
W kwestii trwałości, to na mojej skórze nie jest zbyt imponująca – zapach szybko staje się słabo wyczuwalny i zanika.
Jeśli ktoś planuje zapoznać się z kwiatowymi perfumami marki Cartier, to raczej niż Carat proponowałabym na początek liliowy Baiser Vole, a zwłaszcza jego wersję Essence z wanilią, która niestety jest już trudno dostępna na rynku.
Nuty: hiacynt, lilia, tulipan, nuty zielone, narcyz, gruszka, ylang-ylang, bergamotka, mimoza, białe piżmo, wiciokrzew, fiołek,

Kredowa czystość brzozy i wykrochmalony kołnierzyk – Elizabeth Arden „Fifth Avenue After Five”

 

After Five, młodsza siostra klasycznej Piątej Alei ze stajni Elizabeth Arden, jest bardziej przejrzysta, mniej nasycona i słoneczna od klasycznej wersji. Jeśli Fifth Avenue porównamy do zapachu wczesnego lipca, to After Five będzie końcówką marca lub początkiem kwietnia. Perfumy wybrzmiewają ascetycznie, to już nie barokowe bogactwo lata, ale transparentny, bezlistny horyzont wczesnej wiosny na tle wyblakło-srebrnego nieba. Zapach jest czysty, formalny, elegancki i nawet nieco surowy. Jedną z najbardziej wyraźnych nut jest brzoza – kredowo drzewna, proste linie pnia, zaskakująco sterylna. Tak mogłaby pachnieć brzoza z probówki narodzona w laboratorium. Spory zastęp użytych w tej kompozycji białych kwiatów – jaśmin, konwalia i lotos przedstawiony został zaskakująco wytrawnie, ledwo tylko muśnięty ozonową słodyczą i przepleciony orzeźwiającym chłodem kolendry w parze z bergamotką. After Five okazały się nieoczekiwanie minimalistyczne – na tle typowych, słodkich drogeryjnych perfum wyróżniają się swym swym czystym, zdystansowanym charakterem jakby mydło w kolorze kości słoniowej położone zostało na półce między stosami landrynek i gumy do żucia.

Nuty: brzoza, wiciokrzew, drzewo sandałowe, śliwka, piżmo, kolendra, konwalia, lotos indyjski, bergamotka, jaśmin, szafran, fasolka tonka.

Inwazja śnieżnego jaśminu – Montale „Jasmin Full”

Otwarcie może przerażać, ponieważ przez pierwsze 20 minut perfumy przypominają muchozol czy inny toksyczny spray na owady, potem jednak, gdy chemiczne opary opadną, poczwarka przeobraża się w motyla. Jasmin Full jest jaśminowym monolitem – kompozycja zbudowana została tylko z trzech nut – jaśminu, wiciokrzewu i kwiatu pomarańczy. Mimo iż składzie nie ma wymienionej lilii, czasem wydaje się jakby to właśnie liliowe echa przeświecały przez wszechobecne  jaśminowe gałązki. Perfumy te malują jaśmin nowoczesny, podszyty metalicznymi nutami, a jednocześnie wspaniale tradycyjny w swojej odurzającej bukietowości i imitującym naturę ujęciu. Wszystko tu jest narkotyczne, upojne, białokwiatowe, zanurzone w ciszy. Nie pojawiają się  często spotykane w jaśminowych perfumach (jak choćby w  Paradiso Assoluto marki Roberto Cavalli) gładkie, maślano-waniliowe akcenty –  dominuje śnieżny chłód i sterylna czystość jaśminowego absolutu. Zapach jest bardzo realistyczny i pomimo chemicznego początku pozostawia wrażenie, że obcujemy z żywymi kwiatami, a nie ich kosmetycznym odpowiednikiem. Za podsumowanie recenzji niech posłuży komentarz mojego 10 letniego ucznia : „pachnie Pani jaki bukiet kwiatów” 🙂

Nuty: jaśmin, wiciokrzew, kwiat pomarańczy.

Cytrynowy imbir z zieloną herbatą – Penhaligon`s „Malabah”

 

 

Penhaligon`s „Malabah” 

 

Otwarcie „Malabah” jest aromatyczno-korzenne. Wyraźnie wyczuwalny jest świeży imbir i soczysta cierpkość cytryny, która początkowo jest nieco detergentowa i syntetyczna, ale wrażenie to szybko zanika. Pięknie przedstawiono w tej kompozycji imbir, który iskrzy się, wibruje, a jego pikantne nuty w ciekawy sposób splatają się z cytrusowymi akordami.

Po kilkunastu minutach zapach przycicha – cytryna ze sztucznego laboratoryjnego tworu zamienia się w naturalny cytrynowy sok lekko dosłodzony cukrem i pojawia się wyraźna nuta zielonej herbaty. Nadal jest świeżo i korzennie (gałka muszkatołowa, kolendra i kardamon w składzie), ale również bardziej słodko i wręcz aksamitnie.

Perfumy te kojarzą mi się raczej z wiosenno-letnią porą, chociaż w ciepły jesienny dzień sprawdzą się równie dobrze. Imbir nadaje chłodnego przewiewu, zielona herbata jest przejrzysta i orzeźwiająca a cytryna zaskakująco łagodna, wygładzona bursztynowym muśnięciem.

„Malabah” z pewnością wzbudzi zainteresowanie tych, którzy szukają niebanalnych, świeżych perfum z delikatnie i naturalnie zarysowaną cytrusową nutą oraz pikantną szczyptą przypraw. Projekcja zapachu jest raczej dyskretna, trwałość około 4-5 godzin.

Nuty: cytryna, imbir, herbata, gałka muszkatołowa, róża, bursztyn, kolendra, drzewo sandałowe, piżmo, korzeń irysa.

Wiośniana róża elżbietańska – Penhaligon`s „Elisabethan Rose”

Penhaligon`s „Elisabethan Rose”

Nowa, wydana w 2018 roku, wersja klasycznego „Elisabethan Rose” z lat osiemdziesiątych,  to zupełnie inne pod względem składu perfumy niż pierwotna kompozycja. Jest to zapach krystalicznie czysty, ostry, z wibrującą sopranową nutą i ekspansywnie świeżą kwiatowością w otwarciu, którą tworzy zazwyczaj dodatek peonii, choć w tym przypadku nie została ona wymieniona wśród oficjalnie podanych składników.

Obecność nuty orzecha laskowego i migdała, których udział jest zresztą raczej śladowy, nie popycha bynajmniej tych perfum w gourmandową stronę. Panuje tu rześka, świeża, niezbyt słodka różaność, zabarwiona delikatnie równie rześką odsłoną owoców – czarnej porzeczki i mandarynki.

Z czasem zapach ze świdrujących przejrzystych tonów ewoluuje w bardziej miękkie i zamszowe rejony. Rześka, wiosenna róża nadal włada tym zapachem, ale łagodzą go nieco nuty drzewne i dojrzała śliwka.

„Elisabethan Rose” to ucieleśnienie wczesnej wiosny – sporo w nich chłodnej rosy i zanurzonego w zimnym poranku różanego ogrodu w pączkach.  Nie jest to jednak zapach dziewczęcy, a kobiecy – nie ma w tej kompozycji żadnych landrynkowych tonów, za to dużo spokoju, klasy i wyczuwalnej wysokiej jakości.

Nuty: róża majowa, orzech laskowy, piżmo, mandarynka, fiołek, migdał, czerwona lilia, śliwka, cynamon, nuty drzewne, czarna porzeczka, wetyweria, geranium, korzeń irysa.

Wiosna ucieleśniona – Calvin Klein „Truth”

 

Calvin Klein „Truth”

„Truth” to zapach, który już od pierwszych minut po aplikacji przenosi nas na wiosenne łąki. Dominuje w tych perfumach bardzo naturalnie oddany zapach kwitnącej koniczyny i wilgotna roślinność bambusa. Zieleń, będąca istotnym składnikiem tej kompozycji, nie jest ostrą, wytrawną zielonością traw lecz przybiera tony seledynowe, świeże i łagodne.

„Truth” jest zapachem jasnym i lekko chłodnym, jakby obecne w nim kwiaty i liście skropione zostały poranną rosą. Zieloność splata się z tu miodowym zapachem kwitnącej koniczyny i śladową ilością wanilii, a wszystko to jest delikatne, rozmyte, akwarelowe.

W wytwór marki Calvin Klein wplecione zostało również nieco woni przywodzącej na myśl świeże siano, zapewne powstałej przez połączenie bambusa i wetywerii, jak również sporo delikatnej, przejrzystej, iście wiosennej kwiatowości – lilia, mimoza i peonia w składzie. Kwiaty nie wysuwają się jednak na pierwszy plan, lecz idealnie wtapiają w srebrzysto-zielone tło, tworząc półsłodką, wonną całość.

Jeżeli poszukujemy wiosny ucieleśnionej, to lekki, świetlisty i i bardzo roślinny „Truth” stanowić będzie idealną propozycję, zwłaszcza, że mimo swej zwiewnej natury, trwałość ma całkiem solidną.

Nuty: bambus, koniczyna, lilia, wetyweria, peonia, bergamotka, drzewo sandałowe, cytryna, mimoza, piżmo, paczula, kwiat albicji biało-różowej, wanilia, bursztyn, jeżyna.

Zielono-fiołkowe opary – Balenciaga l`essence

Balenciaga „L`Essence”

„Są aromaty świeże jak ciała dziecinne,
Dźwięczne i niby łąki – zielone; są inne,
Bogate i zepsute, silne, tryumfalne”

 

Tak pisał Charles Baudelaire w wierszu „Oddźwięki”. Wydane w 2011 roku perfumy Balenciaga
należą niewątpliwie do pierwszej z wspomnianych przez niego kategorii.
Pierwsze nuty są zapachem iglastego leśnego poszycia, kwaśnej, surowej próchnicy borów mieszanych, chłodne i orzeźwiające jak źródełko, które wybiło gdzieś w środku lasu. Sprawcą tej woni jest zapewne obecny w składzie tych perfum cedr.
Później zapach ewoluuje w stronę wilgotnej, wiosennej, ukwieconej łąki. Uaktywnia się tufiołek, zapach staje się słodkawy, ale nie słodki, a iglasta nuta wciąż przebija ostrzejszym akordem. W ostatniej fazie „L`Essence” jest jednocześnie balsamiczny aromatem łąkowych roślin miododajnych i
zielony, ale nie zielonością soków, łodyg i liści, a cedrowych igieł i majaczących w tle liści fiołka.
Bardzo ciekawa jest użyta tu koncepcja przenikania się mglistych nut słodkich i jakby męskich iglastych i to ona właśnie stanowi o oryginalności tego zapachu.
Podsumowując, „L`Essence” to ciekawa propozycja na dzień, dla osób szukających zapachu, który wyróżni się spośród typowo kwiatowych i typowo zielonych woni, ale nie gotowych na eksperymenty z zupełnie ekscentrycznymi i niekomercyjnymi perfumami.
Doadtkową mocną stroną tworu Balenciagi jest ich bardzo dobra trwałość i delikatna, ale wyczuwalna projekcja.

 Nuty: liść fiołka, fiołek, wetyweria,  nuty zielone, cedr, drzewo sandałowe, paczula.