Malina zasnuta paczulową pleśnią – Kerosene „Fields of Rubus”

 

 

Kerosene „Fields of Rubus”

„Fields of Rubus” amerykańskiej niszowej marki Kerosene to perfumy z gatunku eksperymentalnych i dość trudnych do noszenia.

Zapach otwiera prawdziwie piwniczna, nasączona wyraźną zatęchłą nutą paczula. Utrzymuje się ona do końca, ale głównym bohaterem tej kompozycji jest jednak malina – jesienna, otoczona woalem woni słodkiej śliwki, tytoniu i cienkim nalotem pleśni. To malina przejrzała i przepełniona sokiem. Taka, która już opadła z krzaka i leży na wpół zanurzona w ziemnym pyle i uschniętych liściach.

Sporo zresztą występuje w tym zapachu jesiennych konotacji ; paczula niesie ze sobą wspomnienie listopadowej wilgoci, mokrych pajęczyn, pełzających po drewnie starej okiennej ramy pleśni.

Mimo całej ziemistej i zatęchłej otoczki, owoc, który spod niej wyziera jest soczysty, słodki a nawet wręcz likierowy. Przez pierwsze dwie godziny perfumy te są raczej statyczne i liniowe, dopiero później malina traci nieco swój pleśniowy wydźwięk i skręca w stronę pudrowych cukierków. W tej fazie „Fields of Rubus” są wprawdzie o wiele łatwiejsze w odbiorze, ale być może mniej intrygujące.

Nuty: malina, paczula, tytoń, śliwka, wanilia, drzewo sandałowe, cedr, jabłko, piżmo.

Gorzko-słodki nektar brzoskwiniowy – Eisenberg „Rouge&Noir”

Eisenberg „Rouge&Noir”

Rouge & Noir” marki Eisenberg, to zdecydowanie dostojny, majestatyczny, wręcz monumentalny zapach. Osią tej kompozycji jest brzoskwinia w stylu vintage – dojrzała, a nawet niemal przejrzała, bogata, z lekką goryczką pestki. W połączeniu z nutą ylang-ylang daje ona aksamitnie miodowy efekt.

„Rouge & Noir” to zapach zdecydowanie wieczorowy, elegancki a wręcz wytworny. Stylizowany nieco na minione dekady, ale mimo to na tyle nowoczesny, że zupełnie nie trąci myszką.

Do zalet tych perfum z pewnością należy umiarkowanie w dawkowaniu słodyczy, a przez ich miodowo-syropową strukturę przebija nieco drapiącej szorstkości i kropla goryczki. Czasami odzywają się tu echa Dolce Vity Diora (mają sporo wspólnych nut – brzoskwinia, wanilia, cedr, drzewo sandałowe, róża, bergamotka), ale „Rouge & Noir”, to perfumy skrojone zdecydowanie bardziej nowocześnie, mimo wyraźnej retro stylizacji.

Kompozycję tę określiłabym jako barokowe, bogate  perfumy na duże wyjścia. Mimo, że marka zaliczana jest do niszowych, „Rouge & Noir”  nie są specjalnie ekscentryczne czy trudne w odbiorze. Jest to gorzko-słodki, gęsty brzoskwiniowy nektar przepleciony tuberozowym akordem i narkotycznym jaśminem, który jednak pojawia się dopiero po jakimś czasie. Trwałość i projekcja na średnim poziomie.

Nuty: brzoskwinia, ylang-ylang, tuberoza, benzoes, wanilia, czarna porzeczka, jaśmin, róża, drzewo sandałowe, białe piżmo, pszoniak, kwiat pomarańczy. bergamotka, cedr.

Brudna ćma w dworcowej toalecie – Zoologist „Moth”


Zoologist „Moth”

Buteleczka niezwykle zachęcająca, sugerująca perfumy niekonwencjonalne, ekscentryczne i mroczne. Na pewno również odważne i stanowiące dobrą pożywkę dla wyobraźni, tworzenia w umyśle obrazów, odniesień i skojarzeń.

Rzeczywistość jednak okazała się okrutna. Testowanie tych perfum było przyznam, torturą. Okropny, rzeczywiście prawdziwie owadzi zapach, ćma w ujęciu naturalistycznym, a nie symbolicznym, zmieszany z czymś syntetycznym i wonią moczu. Mieszanina ta była tak odrażająca, że nie byłam w stanie wręcz zbliżyć nosa do nadgarstka. Za każdym razem gdy musiałam je powąchać w celach testowych czułam się jakbym miała zaraz zanurzyć nos w cuchnącej kałuży. Zeschnięte, zakurzone stosy owadzich kokonów w bramach starych kamienic, na strychach gdzie bezdomni załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Jakim cudem tak niewinne dominujące nuty – miód, mimoza, heliotrop, dym, irys, żywice mogły wydać na świat takiego potwora.

Dla mnie straszna trauma zapachowa, ale wiem, że są osoby, które tę woń postrzegają inaczej, oceniają wręcz jako noszalną i użytkową i skłonne są zapłacić niemałą, bo około 600 zł wynoszącą cenę za te perfumy.

Nuty: miód, mimoza, dym, heliotrop, agar, irys, żywice, piżmo, czarny pieprz, róża, szafran, goździki, kmin, gałka muszkatołowa, cypriol, drzewo gwajakowe, cynamon, konwalia, jaśmin, ambra, wetyweria, paczula, cytryna

Róża utkana ze słodyczy, żelaza i wspomnień – Serge Lutens „La Fille de Berlin”



Serge Lutens „La Fille de Berlin”

Przyznam, że komentarz Serge`a Lutensa na temat tych pięknych, choć niezbyt trudnych jak na niszowe, perfum wydał mi się na początku postmodernistyczno-egzystencjalistyczną przesadą, której bogata forma miała za zadanie upiększyć treść i nadać jej intelektualnych pozorów. Jednakże po kilkukrotnym wysłuchaniu i analizie tekstu, zaczęło układać się to w sensowną całość, której motywem przewodnim są rozmyślania na temat ulotności i iluzoryczności pamięci, wspomnień, często zniekształconych, które jednak swym ładunkiem emocjonalnym wpływają na kształt przyszłości człowieka. „La Fille de Berlin” to moim zdaniem jedna z najpiękniejszych odsłon róży w perfumach. Z jednej strony jest to ujęcie dość tradycyjne –  dojrzały, ciemnopurpurowy, ociekający słodyczą kwiat, z drugiej metaliczne, industrialne, zimne nuty nadają nowoczesnego i  awanagardowego charakteru. Jest to róża dość konfiturowa, zanurzona w malinowym syropie, ale od czasu do czasu wybija się na powierzchnię żelazny cierń, który niesie ze sobą chłód posiekanego stalowym nożem geranium.  Z wypowiedzi Lutensa wynika, że metaliczny chłód „La Fille de Berlin” może symbolizować metaforę zamrożenia uczuć w wyniku traumy z przeszłości, podjęcia decyzji o samotności, zaszycia się na niedostępnym dla innych terytorium własnego umysłu („a major decision (…) which, firmly anchored in the era when it was made during childhood would determine the future of he who has to live without his beloved and who chose to live by inventing, in short making her presence irrelevant or even unwanted, and thus giving rise to : solitude : our territory, fear: our alter-ego, rage: our creation”.)  

https://www.youtube.com/watch?time_continue=124&v=_eCqyK6yLT4

Nuty: róża, geranium, miód, palmarosa, mech, paczula.