Zapach emocjonalnej pustki – Serge Lutens „L`Orpheline”

Serge Lutens „L`Orpheline”

„L`Orpheline”, to po francusku sierota. Sieroctwo wiązać można z doświadczaniem uczuciowego chłodu i perfumy Lutensa również należą do kategorii tych zimnych.

Zapach jest dziwny, trudny. Łączy w sobie kamienny, kłujący chłód z jakby lekko zatęchłym kadzidlanym powiewem. Wszystko tu jest surowe, proste, owiane omszałym duchem przeszłości, ale z czasem wkrada się w tę surowość lekko słodkawa nuta krystalicznego piżma, która jest jedną z dwóch nut zapachowych tworzących te perfumy.

Nazwa zapachu jest bardzo adekwatna do zawartości i przemyślana – nie jest to tylko dobrze brzmiący chwyt marketingowy, mający zaintrygować klienta. Emocjonalna pustka bycia porzuconym i osieroconym bardzo dobrze wpisuje się w artystyczną wizję Lutensa. Czyste, przejrzyste piżmo tych perfum przeszywa jak szklany nóż bólu doświadczanego po porzuceniu. „L`Orpheline” to zapach zimnych marmurowych sal i pustych muzealnych wnętrz, dawno zapomnianych przez odwiedzających i pozostawionych na pastwę kurzu i mijającego czasu.

Ten wytwór marki Serge Lutens jest zdecydowanie odpowiedni dla obu płci. Będzie dobrym wyborem dla osób ceniących proste, ale awangardowe kompozycje, poszukujących raczej wrażeń i obrazów jakie tworzy zapach, nawet jeżeli nie są one łatwe, niż konwencjonalnej ładności.

Nuty: kadzidło, piżmo.

Maślana lilia z paczulą – Givenchy „Ange ou Demon Tendre”

Givenchy „Ange ou Demon Tendre”

Ange ou Demon, czyli anioł lub demon, i mimo dodatkowego słowa Tendre – czuły, tkliwy, długo zastanawiałam się po której stronie mocy stoją te perfumy.

Początkowo głównym bohaterem jest paczula, ale bardzo szybko dołącza do niej kremowo gładka lilia. To kwiat kosmetyczny raczej niż naturalny, nie tak upojny i mocny, za to łagodny i maślany.

Sporo jest też delikatnych akordów drzewnych, za co odpowiada brazylijskie drzewo różane obecne w składzie.

Nie jest to jednak wcale łatwa i oswojona kompozycja. Kosmetyczna kremowość białych kwiatów (lilia, konwalia, kwiat pomarańczy) w połączeniu z cierpką paczulą daje chwilami lekko winny efekt. Ta nieoczekiwana cierpkość jest jak nieoczywisty, a nawet złowrogi cień, który zapada nad nieco mdłą gładkością lilii.

Na pozór używane w konwencjonalnych kompozycjach grzeczne nuty, tworzą tu całość dość zaskakującą.  Jest ładnie, ale dziwnie, a nawet i trochę smutno, bardzo trudno jest uchwycić opisem naturę tego zapachu.

„Ange ou Demon Tendre” to perfumy  nieoczywiste i nieokreślone, słodko-winne, według mnie trudniejsze i mniej komercyjne w odbiorze niż klasyczne Ange ou Demon.

Nuty: lilia, brazylijskie drzewo różane, paczula, kwiat pomarańczy, heliotrop, konwalia, mandarynka, piwonia.

Białe kwiaty, wanilia i tytoń obrócone w proch – Franck Boclet „Cocaine”

Franck Boclet „Cocaine”

Nie lubię tuberozy, gdyż często wybrzmiewa ona plastikowo i drażniąco, ale w „Cocaine” jest zupełnie inna niż się ją zwykle w perfumach spotyka. Miękka, oleista, pastelowa, jakby połączona z lekką nutą drożdżowego ciasta.

Perfumy są dość słodkie, ale jest to słodycz stonowana i z pewnością nie nadmierna. Nie tworzy jej cukier czy nuty gourmand, lecz słodkość kwiatowego pyłu i delikatnej, jakby migdałowej wanilii. W tle snuje się zapach tytoniu, wdzierający się w mleczno-oleistą łagodność tych perfum i nadający jej ostrzejsze echa.

Te właśnie nuty karmelowo-mlecznego cygara równoważą nieco charakter zapachu i  nadają kompozycji bardziej uniseksowego charakteru, mimo, że i tak skłania się ona raczej w stronę kobiecą.

„Cocaine”, mimo, że nie mainstreamowa, wydaje się, w kontraście do nazwy, dość bezpieczna i oswojona. Jeżeli jednak wsłuchamy się w ten zapach głębiej, udaje się wychwycić wzbudzające niepokój echa. Jest tutaj pewna posępna nieruchomość, woskowe zastygnięcie, cmentarny powiew obecnej w składzie lilii. Zaskakuje również barwa płynu, burgundowo-czerwonego, jak kolor zakrzepłej krwi.

Nuty: tuberoza, olej monoi, karmel, lilia, wanilia, tytoń, orchidea, paczula, czerwone jagody, gorzka pomarańcza.

Róża utkana ze słodyczy, żelaza i wspomnień – Serge Lutens „La Fille de Berlin”



Serge Lutens „La Fille de Berlin”

Przyznam, że komentarz Serge`a Lutensa na temat tych pięknych, choć niezbyt trudnych jak na niszowe, perfum wydał mi się na początku postmodernistyczno-egzystencjalistyczną przesadą, której bogata forma miała za zadanie upiększyć treść i nadać jej intelektualnych pozorów. Jednakże po kilkukrotnym wysłuchaniu i analizie tekstu, zaczęło układać się to w sensowną całość, której motywem przewodnim są rozmyślania na temat ulotności i iluzoryczności pamięci, wspomnień, często zniekształconych, które jednak swym ładunkiem emocjonalnym wpływają na kształt przyszłości człowieka. „La Fille de Berlin” to moim zdaniem jedna z najpiękniejszych odsłon róży w perfumach. Z jednej strony jest to ujęcie dość tradycyjne –  dojrzały, ciemnopurpurowy, ociekający słodyczą kwiat, z drugiej metaliczne, industrialne, zimne nuty nadają nowoczesnego i  awanagardowego charakteru. Jest to róża dość konfiturowa, zanurzona w malinowym syropie, ale od czasu do czasu wybija się na powierzchnię żelazny cierń, który niesie ze sobą chłód posiekanego stalowym nożem geranium.  Z wypowiedzi Lutensa wynika, że metaliczny chłód „La Fille de Berlin” może symbolizować metaforę zamrożenia uczuć w wyniku traumy z przeszłości, podjęcia decyzji o samotności, zaszycia się na niedostępnym dla innych terytorium własnego umysłu („a major decision (…) which, firmly anchored in the era when it was made during childhood would determine the future of he who has to live without his beloved and who chose to live by inventing, in short making her presence irrelevant or even unwanted, and thus giving rise to : solitude : our territory, fear: our alter-ego, rage: our creation”.)  

https://www.youtube.com/watch?time_continue=124&v=_eCqyK6yLT4

Nuty: róża, geranium, miód, palmarosa, mech, paczula.