Brudna ćma w dworcowej toalecie – Zoologist „Moth”


Zoologist „Moth”

Buteleczka niezwykle zachęcająca, sugerująca perfumy niekonwencjonalne, ekscentryczne i mroczne. Na pewno również odważne i stanowiące dobrą pożywkę dla wyobraźni, tworzenia w umyśle obrazów, odniesień i skojarzeń.

Rzeczywistość jednak okazała się okrutna. Testowanie tych perfum było przyznam, torturą. Okropny, rzeczywiście prawdziwie owadzi zapach, ćma w ujęciu naturalistycznym, a nie symbolicznym, zmieszany z czymś syntetycznym i wonią moczu. Mieszanina ta była tak odrażająca, że nie byłam w stanie wręcz zbliżyć nosa do nadgarstka. Za każdym razem gdy musiałam je powąchać w celach testowych czułam się jakbym miała zaraz zanurzyć nos w cuchnącej kałuży. Zeschnięte, zakurzone stosy owadzich kokonów w bramach starych kamienic, na strychach gdzie bezdomni załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Jakim cudem tak niewinne dominujące nuty – miód, mimoza, heliotrop, dym, irys, żywice mogły wydać na świat takiego potwora.

Dla mnie straszna trauma zapachowa, ale wiem, że są osoby, które tę woń postrzegają inaczej, oceniają wręcz jako noszalną i użytkową i skłonne są zapłacić niemałą, bo około 600 zł wynoszącą cenę za te perfumy.

Nuty: miód, mimoza, dym, heliotrop, agar, irys, żywice, piżmo, czarny pieprz, róża, szafran, goździki, kmin, gałka muszkatołowa, cypriol, drzewo gwajakowe, cynamon, konwalia, jaśmin, ambra, wetyweria, paczula, cytryna

Apokaliptyczna bestia, glony i ostrygi – Mugler „Womanity”

Mugler „Womanity”

I ujrzałem Bestię wychodzącą z morza, mającą dziesięć rogów i siedem głów…” głosi Apokalipsa św. Jana. Jako takie właśnie dziwaczne, odrażające wodne monstrum jawi mi się perfumeryjny twór Thierrego Muglera. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że w porównaniu do ekscentrycznego szaleństwa „Womanity” inne perfumy tworzone przez  projektanta, np. uznawane za kontrowersyjne Angel i Alien, są po prostu dziecięcą igraszką.

Mimo, że w wielu recenzjach tego zapachu pojawiają się okrzyki wręcz obrzydzenia i porównanie do zapachu kiszonych ogórków, „Womanity” ma spore grono wielbicieli, widzących w nich spacery po plaży i romantyczną morską bryzę. Te dwie skrajne wizje, zależne zapewne od indywidualnego działania receptorów węchowych, starałam się właśnie oddać na zdjęciach w tym blogu.

Niestety, ja również zasilę szeregi przeciwników tych perfum. Są kwaśno-słone w bardzo nieprzyjemny, rybno-algowy sposób, za co odpowiada zapewne obecna w tej kompozycji nuta kawioru – wyobrażam sobie, że tak mogłyby pachnąć martwe, psujące się małże wyrzucone na brzegi i zasolone morską wodą.

Przyznam, że do tej pory testowanie żadnych perfum nie było aż tak traumatycznym przeżyciem. Byłam wprawdzie przygotowana na coś mocno niekonwencjonalnego, ale rzeczywistość zdecydowanie przerosła wyobrażenia. To chyba jedyny zapach, który przyprawił mnie o głęboką odrazę –  nie byłam wręcz w stanie zbliżyć nosa do nadgarstka bez uczucia mdłości.

Wygląda na to, że tytułowa kobiecość w wyobrażeniu Thierry Muglera to gnijąca panna młoda spoczywająca w błocie wśród butwiejących wodorostów i martwych ryb. Na nieszczęście, zapach ten jest również niezwykle trwały, a i projekcję ma dużą, więc otacza użytkownika na długo aureolą rybiego oparu.  (Na zdjęciach Womanity starsza wersja)

Nuty: figa, kawior, figowiec, liść figi.

The garden from hell czyli Cacharel „Eden”


Cacharel „Eden”

Nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa „Edenu”, zwłaszcza po licznych recenzjach określających go jako perfumy kontrowersyjne i z gatunku „love or hate”. Niestety, szybko okazało się, że nie będę należeć do grona miłośniczek tego wydanego w 1994 roku zapachu.

Pierwsze uderzenie jest ostre i szyprowe, potem dominuje zatęchła nuta, ciepła nieprzyjemną ciepłotą stanu zapalnego. Kto liczy na orzeźwiającą zieloność ten srodze się zawiedzie. To raczej wysychający staw pełen butwiejących wodnych roślin i rozsypujące się ze starości, pokryte pajęczynami bukiety ukryte gdzieś w zapomnianych szafach. A jeżeli już ogród, to umierający, w fazie uwiądu, podgrzewany piekielnymi oparami i nawiedzany przez szatana, jak w wierszu Leopolda Staffa :

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię…

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem

Co do użytych w tych perfumach nut, to na pierwszym planie jest smętno-jesienna paczula, przywiędła mimoza, mdły melon i nieświeży lotos. Mieszanka ta jest bardzo trwała, długo utrzymuje się na skórze, a jej duszące opary są mocno wyczuwalne przez otoczenie. Jednym słowem, „Eden” to chyba nazwa w tym przypadku ironiczna, bo zamiast rajskiego ogrodu otrzymujemy zatęchłe podziemia.

Z drugiej strony, jak wiadomo, perfumy na każdym pachną inaczej. Zależy to między innymi od ph skóry, indywidualnych różnic w wydzielaniu hormonów, diety, temperatury ciała, a recenzowany przeze mnie zapach, mimo, że mocno kontrowersyjny, osiągnął jednak sporą popularność. Ponieważ ze względu na wrodzone cechy biochemiczne mojej skóry nie dane mi było zrozumieć co w nim może pociągać, chętnie poznam argumenty miłośniczek „Edenu” , żeby poznać i docenić jego fenomen.

Nuty: mimoza, lilia wodna, paczula, tuberoza, melon, lotos, ananas, drzewo sandałowe, akacja, brzoskwinia, jaśmin, cedr, konwalia, fasolka tonka, bergamotka, mandarynka, cytryna, róża.

Demon okiełznany – Givenchy „Ange ou Demon”

Givenchy „Ange ou Demon” 

Nazwa „anioł lub demon” sugeruje dwoistość natury tych perfum, a design i kolorystyka utrzymanego w przejrzysto grafitowej barwie flakonu przekonuje, że bliżej im do diabelskości.

Spodziewawszy się w związku z powyższym czegoś groźnego i drapieżnego, początek mnie rozczarował, bo okazał się być głównie waniliową słodyczą.

Dopiero po jakiejś półgodzinie noszenia tych perfum, gdzieś w tle zamajaczyły także ziemiste, bardziej posępne nuty jak wybrzmiewające w powietrzu ponurą melodią chorały gregoriańskie. 

„Ange ou Demon ” kojarzy się z ciemnymi jesienno-zimowymi nocami, kiedy „kołyszą się w gałęziach grudnie i listopady” , jak pisał w swoim wierszu Broniewski.

Jest też w tle drzewno-butwiejący akord,  coś jakby wnętrza starego drewnianego kościoła w pochmurny dzień i dużo woskowego zapachu dopalających się świec.

Demon z nazwy tych perfum to raczej „demony” w sensie psychologicznym, czyli nie nadprzyrodzone, groźne istoty, ale gnębiące, depresyjne myśli, bo zapach ma w sobie niewątpliwy smutek. 

Jednak w tych przepastnych ciemnościach pojawia się promyk nadziei; wśród zimnej nocy błyska gdzieś światełko bezpieczeństwa i schronienia w postaci ciepłych korzennych akordów, a melancholijność perfum została złagodzona kremową łagodnością wanilii i lilii oraz soczystą nutą mandarynki. 

Mimo, że wraz z upływem czasu ich słodycz  mocno się tonuje, „Ange ou Demon” mogą być odbierane jako perfumy męczące i ciężkie. Eleganckie, poważne, zrównoważone, dojrzałe i nieco depresyjne , ale z pewnością ciekawe i warte zapamiętania.

Nuty: wanilia, szafran, lilia, fasolka tonka, tymianek, ylang-ylang, orchidea, brazylijskie drzewo różane, mech dębowy, mandarynka.

Welcome to my nightmare – „Funeral home” Demeter

Demeter „Funeral home”



Nuty: lilia, goździk, chryzantema, trawa, mieczyk, mahoń, nuty orientalne.


Nie da się ukryć, że już sama nazwa produktu firmy Demeter, „dom pogrzebowy”, kusi by się z nimi zapoznać, chociażby jako z perfumiarskim kuriozum.

Spodziewałam się po tym zapachu posępnego gotyku, ale w formie raczej niedosłownej, z nutą romantycznego piękna jaką może nieść  śmierć młodych i pięknych. Czegoś w rodzaju „Ofelii” Johna Everetta Millais :

czy wiktoriańskich cmentarzy-parków,

w ostateczności sterylnej chemii, która to właśnie kojarzy mi się z procedurami domów pogrzebowych, takimi jak konserwowanie czy balsamowanie.

Dostałam natomiast zapach rozkładu i śmierci, zbutwiałych ubrań, które po pogrzebie krewni wyrzucają z szaf zmarłej staruszki, gnijącego w ziemi drewna trumny, ekshumacji, gdzie wyciągane z ziemi ciała wyglądają „jak kotlety obtoczone w bułce” według słów Mirona Białoszewskiego. To nie był romantyczny pogrzeb młodej damy przy świetle księżyca, jak z dziwiętnastowiecznych obrazów, tylko śmierć całkowicie materialna i cielesna, gnicie ciała, złowrogość przemijania czekająca za każdym rogiem. To pokryte rdzą i kurzem wnętrza z japońskich gier, survival horrorów typu Forbidden Siren, pełne starych fotografii ludzi, którzy dawno umarli, rozpadających się sprzętów, ogólnego uwiądu i zapomnienia.

Jest to o tyle zaskakujące, że żadna z nut zapachowych, no może oprócz tradycyjnie kojarzącej się z cmentarzem chryzantemy, nie wskazywała na taki efekt. Dziwne, że mieszanka kwiatów i drewna dała tak wstrząsające wrażenie.

Przyznam, że testowanie tego zapachu było traumą jakich mało. Po prostu wżarł się w nadgarstek mimo wielokrotnego szorowania wodą i mydłem. Już obawiałam się, że zostanie ze mną na zawsze, niczym jakiś demon z horroru 🙂 Szczęśliwie, zapach ten najbardziej straszliwy jest na początku, po kilkunastu minutach koszmarnego „memento mori” kiedy po prostu dusi swoimi trującymi trupimi wyziewami przeobraża się w woń cmentarza w wydaniu plastikowych nagrobnych kwiatów.