Żywiczny smutek grudniowych nocy – Jovoy „La Liturgie des Heures”

Jovoy „La Liturgie des Heures”

„Liturgia Godzin” zaczyna się żywicą. Wybrzmiewa ona bardzo naturalnie, pulsującym żywym sokiem wypływającym z naciętej kory iglastego drzewa. W tą świeżą, niemal zieloną żywiczność nieuchronnie wnika jednak lekko zatęchły mrok, który zwykł wypełniać drewniane wnętrza starych kościołów. Lepka bursztynowość żywicy przenika się teraz z zapachem przesiąkniętych kadzidłem, zapomnianych w rozsychającej się drewnianej szafie na plebanii szat liturgicznych.

Kadzidło, obok cyprysowej iglastej, nuty jest głównym elementem tej kompozycji. Nie jest ono jednak zimne, kamienne  jak te znane chociażby z „Avignon” marki Comme des Garcons czy „Oliban” Nou. Wręcz przeciwnie, jest rozgrzewające i suche aromatyczną suchością starego drzewa ze słodkawą szczyptą mirry, a jednocześnie noszące w sobie melancholijny, żeby nie powiedzieć smutny ładunek emocjonalny.

„La Liturgie des Heures” to zapach przeszłości. Jakaś grudniowa noc, gdzie wiatr ciska ostatnią garścią obumarłych liści, jakaś bezksiężycowa ciemność z dogorywającym ogniskiem, którego kres odbiera nadzieję. Smutek starych kościelnych ław. Opuszczona stulecia temu wieś, zapadające się w otchłanie szarej mgły przegniłe strzechy. Zwycięski pochód pokrzyw i bylic pożerający wszystko na swojej drodze, a potem czerniejących i pochylających się starczo pod naporem późnojesiennych wiatrów.

Nuty: kadzidło, cyprys, olibanum, mirra, francuskie labdanum, nuty zielone, piżmo.

Gotycki jaśmin – Bvlgari „Jasmin Noir”



Bvlgari „Jasmin Noir”


Przy otwarciu zaskakuje cierpkością, zielonymi nutami i jest dość nijaki. Później dopiero przeobraża się w balsamiczną świetlistość, prawdziwy narkotyczny trans. Nowoczesna (perfumy z 2008 roku), luksusowa słodycz, która ani przez chwilę nie wkracza w banał i emanuje oleistą słodyczą jaśminu w nieco syntetycznym, ale tym bardziej interesującym wydaniu. To kiście jaśminu majaczące gdzieś widmowo w półmroku wiktoriańskich komnat jak blade płomyki świec.

Swoją krystaliczną, chłodną słodyczą „Jasmin Noir” przywodzi na myśl egzotyczne białe kwiaty zamrożone w kostce lodu. Z kolei gardenia, przypominająca tę z „Hypnose” Lancome, nadaje transowego, wibrującego charakteru.

Tytułową czerń należy chyba interpretować jako sugestię oryginalności, niecodzienności (wszak czarny jaśmin to nie to samo co zwykły, biały) i pewnej powagi jaką niewątpliwie ma w sobie ten zapach. To nie jest kompozycja figlarna i dziewczęca, nie wiosenna promienność (choć takie skojarzenie jaśmin może wywoływać) gra tu pierwsze skrzypce, ale pełnia lata,  rozkwitłe kiście kwiatów na granicy dojrzałości i przekwitania, zanurzone w pulsującym przedburzowym powietrzu.

Bardzo ciekawy zapach, głównie na wieczór, duże wyjścia, gdyż na codzień może być postrzegany jako zbyt intensywny.

Niestety, po godzinie noszenia, jego woń na nadgarstku mocno się rozmywa i ulatuje, trwałość nie jest więc jedną z niewątpliwie licznych zalet „Jasmin Noir”.

Nuty zapachowe: jaśmin wielkolistny, migdał, gardenia, lukrecja, fasolka tonka, wyszukane drewna, ambra, piżmo, paczula, nuty zielone.

Demon okiełznany – Givenchy „Ange ou Demon”

Givenchy „Ange ou Demon” 

Nazwa „anioł lub demon” sugeruje dwoistość natury tych perfum, a design i kolorystyka utrzymanego w przejrzysto grafitowej barwie flakonu przekonuje, że bliżej im do diabelskości.

Spodziewawszy się w związku z powyższym czegoś groźnego i drapieżnego, początek mnie rozczarował, bo okazał się być głównie waniliową słodyczą.

Dopiero po jakiejś półgodzinie noszenia tych perfum, gdzieś w tle zamajaczyły także ziemiste, bardziej posępne nuty jak wybrzmiewające w powietrzu ponurą melodią chorały gregoriańskie. 

„Ange ou Demon ” kojarzy się z ciemnymi jesienno-zimowymi nocami, kiedy „kołyszą się w gałęziach grudnie i listopady” , jak pisał w swoim wierszu Broniewski.

Jest też w tle drzewno-butwiejący akord,  coś jakby wnętrza starego drewnianego kościoła w pochmurny dzień i dużo woskowego zapachu dopalających się świec.

Demon z nazwy tych perfum to raczej „demony” w sensie psychologicznym, czyli nie nadprzyrodzone, groźne istoty, ale gnębiące, depresyjne myśli, bo zapach ma w sobie niewątpliwy smutek. 

Jednak w tych przepastnych ciemnościach pojawia się promyk nadziei; wśród zimnej nocy błyska gdzieś światełko bezpieczeństwa i schronienia w postaci ciepłych korzennych akordów, a melancholijność perfum została złagodzona kremową łagodnością wanilii i lilii oraz soczystą nutą mandarynki. 

Mimo, że wraz z upływem czasu ich słodycz  mocno się tonuje, „Ange ou Demon” mogą być odbierane jako perfumy męczące i ciężkie. Eleganckie, poważne, zrównoważone, dojrzałe i nieco depresyjne , ale z pewnością ciekawe i warte zapamiętania.

Nuty: wanilia, szafran, lilia, fasolka tonka, tymianek, ylang-ylang, orchidea, brazylijskie drzewo różane, mech dębowy, mandarynka.

Welcome to my nightmare – „Funeral home” Demeter

Demeter „Funeral home”



Nuty: lilia, goździk, chryzantema, trawa, mieczyk, mahoń, nuty orientalne.


Nie da się ukryć, że już sama nazwa produktu firmy Demeter, „dom pogrzebowy”, kusi by się z nimi zapoznać, chociażby jako z perfumiarskim kuriozum.

Spodziewałam się po tym zapachu posępnego gotyku, ale w formie raczej niedosłownej, z nutą romantycznego piękna jaką może nieść  śmierć młodych i pięknych. Czegoś w rodzaju „Ofelii” Johna Everetta Millais :

czy wiktoriańskich cmentarzy-parków,

w ostateczności sterylnej chemii, która to właśnie kojarzy mi się z procedurami domów pogrzebowych, takimi jak konserwowanie czy balsamowanie.

Dostałam natomiast zapach rozkładu i śmierci, zbutwiałych ubrań, które po pogrzebie krewni wyrzucają z szaf zmarłej staruszki, gnijącego w ziemi drewna trumny, ekshumacji, gdzie wyciągane z ziemi ciała wyglądają „jak kotlety obtoczone w bułce” według słów Mirona Białoszewskiego. To nie był romantyczny pogrzeb młodej damy przy świetle księżyca, jak z dziwiętnastowiecznych obrazów, tylko śmierć całkowicie materialna i cielesna, gnicie ciała, złowrogość przemijania czekająca za każdym rogiem. To pokryte rdzą i kurzem wnętrza z japońskich gier, survival horrorów typu Forbidden Siren, pełne starych fotografii ludzi, którzy dawno umarli, rozpadających się sprzętów, ogólnego uwiądu i zapomnienia.

Jest to o tyle zaskakujące, że żadna z nut zapachowych, no może oprócz tradycyjnie kojarzącej się z cmentarzem chryzantemy, nie wskazywała na taki efekt. Dziwne, że mieszanka kwiatów i drewna dała tak wstrząsające wrażenie.

Przyznam, że testowanie tego zapachu było traumą jakich mało. Po prostu wżarł się w nadgarstek mimo wielokrotnego szorowania wodą i mydłem. Już obawiałam się, że zostanie ze mną na zawsze, niczym jakiś demon z horroru 🙂 Szczęśliwie, zapach ten najbardziej straszliwy jest na początku, po kilkunastu minutach koszmarnego „memento mori” kiedy po prostu dusi swoimi trującymi trupimi wyziewami przeobraża się w woń cmentarza w wydaniu plastikowych nagrobnych kwiatów.