Ziemia po kataklizmie i mroczna zieloność – Franck Boclet „Ashes”



Franck Boclet „Ashes”

„Ashes” marki Franck Boclet,  są perfumami, do których ich nazwa, tytułowe popioły, dopasowana jest idealnie, ale o tym przekonać się można dopiero po jakiejś godzinie od aplikacji.

Jest to zapach, który przechodzi podczas swojego trwania na skórze liczne metamorfozy. Mimo, że testowałam je dość dokładnie już kiedyś ( http://perfumanka.pl/2018/08/04/dwa-zapachy-z-krainy-dymu-i-popiolow-franck-boclet-ashes-i-montale-greyland/ ), tym razem fazy zapachu ułożyły się w zupełnie nowym, innym porządku.

Początkowo „Ashes” to zapach mrocznozielony, zanurzenie w gorzkim morzu bylicy piołun i oparach kadzidła. Zaznacza swoją obecność również kora drzew, woń przesiąkniętej dymem suchej leśnej ściółki. Na tym etapie perfumy te to cemne jesienne ścieżki, czerń nagich drzew, cienie uschniętych gałęzi, grudnie i listopady,

Po pierwszym drzewno-zielonym ogniwie twór Francka Boclet pogrąża się w coraz ciemniejsze gorzko – ziemiste otchłanie i wkracza w tony wręcz postapokaliptyczne. Przywodzi mi wtedy na myśl obróconą w pył po wielkim kataklizmie krainę, przysypaną popiołami, martwą i wypaloną, o spękanej ziemi. Perfumy te są wtedy głęboko suche i pyliste, dźwięczy w nich wyraźny posępny, wręcz złowrogi ton.

Zapach ten odpowiedni będzie dla melancholików ceniących smutek zabytkowych cmentarzy, nostalgię jesiennych alei i skrzypienie leśnych konarów targanych wiatrem. Nie gustującym w takiej atmosferze może wydać się zbyt przygnębiający.

Nuty: piołun, kadzidło, drzewo gwajakowe, cedr atlaski, nuty drzewne, goździki, bursztyn, paczula, piżmo.

Syntetyczne siano z mdłą szczyptą piołunu – Franck Boclet „Absinthe”



Franck Boclet „Absinthe”

Początek jest wręcz dramatyczny – to zapach pasty do zębów zmieszanej z męską pianką do golenia. Z czasem kompozycja podąża w stronę kopy lekko podeschniętego siana z kilkoma gałęziami zwiędłej bylicy piołun. Perfumy te są bardzo roślinne, ale nie do końca wytrawne. Gdzieś na dnie, pod całą trawiastą zielonością i goryczka kryją się drobinki cukru, dość dziwaczne, jakby iskrzące i mocno syntetyczne. Słodycz ta jednak jest naprawdę bardzo symboliczna i nie przełamuje w żaden sposób dominującej woni ostrego, świeżego jeszcze siana.

„Absinthe” moim zdaniem podobać się może tylko miłośnikom perfum zielonych, tych przywodzących na myśl liście, łodygi i roślinne soki. Perfumy zaklasyfikowano jako uniseks, ale według mnie są zdecydowanie męskie i to w niekorzystnym tego słowa znaczeniu – czuje się tu zapach typowo męskich kosmetyków jak pianki i wody po goleniu.

Dla mnie ta kompozycja jest wielkim rozczarowaniem, zwłaszcza, że cenię markę Franck Boclet i dość dziwne jest, że wydała na świat takiego perfumowego potworka. Znacznie więcej piołunu i to w najlepszej postaci było w „Ashes” tej samej firmy. Dopuszczam jednak możliwość, że mogę być w swojej recenzji nieobiektywna, bo generalnie nie gustuję w zielonych perfumach typu trawiastego.

Nuty: piołun, lawenda, wetyweria, skóra, bursztyn, heliotrop, rabarbar, nuty drzewne, zielona mandarynka.

Pochmurna gorycz – Slava Zaitsev „Maroussia”

 Slava Zaitsev „Maroussia”

Mimo, że są to perfumy z kategorii bardzo tanich (ok. 30-40zł) jest to kompozycja dość ambitna i trudna w odbiorze, zupełnie inna niż większość płaskich pachnideł drogeryjnych.

„Maroussia” rozpoczyna się przypływem gorzkiej ziołowości. To roślinna goryczka, szypr i lekka pudrowość gdzieś w tle. Jest też i drewno, ciemne, lekko wilgotne, takie na krawędzi butwienia. „Maroussia” jest niczym cerkiewna mniszka – poważna, szorstka i surowa. Pierwsza faza zapachowa  tych perfum jest jednocześnie fazą ostatnią – są linearne i właściwie nie ewoluują.

Chciałam napisać również, że to woń pozbawiona nawet cienia zmysłowości, ale po głębszym namyśle stwierdzam, że tkwi gdzieś w głębi  „Maroussi” szczypta złowrogiego erotycznego magnetyzmu, posępnego jak sylwetka kobiety rysująca się w oddali na tle zachmurzonego nieba. To kobieta stojąca po pas w rozkołysanych gorzkich ziołach, z  twarzą przysłoniętą, bo Maroussia nie wyjawia wszystkich swoich sekretów, wciąż ma się wrażenie, że obok nut pierwszoplanowych, cały czas obecne jest coś w tle – rozmyte, falujące, wciąż zmieniające formy aby pozostać nieidentyfikowalnym – raz wydaje się, że to ostre nuty zwierzęce, raz, że łagodność fasolki tonka.

Perfumy te spodobają się miłośniczkom niesłodkich, szyprowych, zdecydowanych kompozycji. Niekoniecznie „ładnych”, za to interesującyh. Trwałość jest bardzo dobra, projekcję określiłabym jako umiarkowaną.

Nuty: cywet, aldehydy, goździk, ylang-ylang, drzewo sandałowe, bursztyn, benzoes, wanilia, piżmo, fasolka tonka, tuberoza, cedr, heliotrop, jaśmin, róża, irys, brzoskwinia, orchidea, kwiat pomarańczy, bergamotka, konwalia.