Dym papierosowy, skórzasty liść i autostrada do Palm Strings – Imaginary Authors „The Cobra and The Canary”

Zestawienie nut i sam zapach jest równie dziwny jak umieszczenie w jednej linii kanarka i kobry oraz flakon z roniącym łzy ptakiem na etykiecie. Skóra, siano, asfalt, irys i cytryna tworzą całość ostrą, przybrudzoną, chwilami wręcz żrącą.  Jest w tych perfumach coś nieoczekiwanie roślinnego – roślina przeżarta rdzą, kwasem, na wpół uschnięte liście o skórzastej strukturze. Jest parujący od gorąca asfalt, opony rozgrzane pędem i skórzane siodło. Twórcy perfum czyli marka Imaginary Authors w opisie zamieszczonym na swojej stronie stworzyła w odniesieniu do tego zapachu prawdziwie amerykańską narrację. Skojarzenia biegną do farm z wiejskich terenów Connecticut, tytułowa kobra okazuje się być sportowym samochodem z lat sześćdziesiątych – Shelby Cobra podążającym na tory wyścigowe w Palm Springs, a sam zapach przywoływać ma wizję przydrożnych moteli, zimnych basenów, koktajli i papierosowego dymu.

A jak wy odbieracie „The Cobra and The Canary”? Zapach jest na tyle nietuzinkowy, że z pewnością pozostawia pole do osobistych interpretacji.

 

Nuty: skóra, siano, asfalt, irys, cytryna.

Animalny puder i kołnierz z martwego lisa – Histoires de Parfums Tubereuse 3 Animale

 

 

Tubereuse 3 Animale pachnie przeszłością. Jakieś futra tkwiące w szafie od czasów przedwojennych, antyczny puder popękany w torebce. Mieszkanie w kamienicy z lat trzydziestych, wiecznie zasłonięte welurowe zasłony i ciężkie rzeźbione meble. Pani profesorowa spiesząca na spektakl w teatrze, owinięta kołnierzem z głową lisa o szklanych oczach.

Zapach należy do kompozycji niszowych, ale niszowość w tym wydaniu przejawia się głównie w bardzo wyraźnym sięganiu do minionych dekad i to w tym najtrudniejszym do zaakceptowania dla współczesnego nosa wydaniu. Ta właśnie oldschoolowość tworzy tu ten awangardowy, nietypowy sznyt.

Perfumy te są czymś zupełnie innym niż sugerują składowe akordy. W ogóle, to nuty pudrowe, a nie tytułowa tuberoza grają tu pierwsze skrzypce. Nie są to jednak transparentne partykuły unoszące się w powietrzu, a ciężkie, pomadowe mazidło ozdobione kakofonią zwierzęcych nut. To zaskakujące, że w składzie nie wymieniono animalnych akordów cywetu i kastoreum, są one tu bowiem bardzo intensywne. Tytoń wyczuwalny jest tylko trochę, jest za to słodka śliwka vintage podobna do tej jaka występuje w Poison Diora i suche nuty kocanki.

Ogólnie mówiąc, mimo, że Tubereuse 3 Animale stworzone zostało w 2010 roku, to mocno nawiązuje do klasyków z lat siedemdziesiątych i  wcześniejszych – klasycznego Shalimar, Estee Lauder Youth Dew czy Palomy Picasso.

Nuty: tuberoza, tytoń, kocanka, śliwka, nuty drzewne, kumkwat, neroli, trawa.

Miasto gorejące – Imaginary Authors „A City on Fire”

 

„A City on Fire” rozpoczyna się  eksplozją duszącego dymu wprost z wędzarni. Na tym etapie w perfumach intensywnie wybrzmiewa zapach palącej się skóry i tekstyliów jakby w tytułowym pożarze miasta spłonął również budynek garbarni tudzież wszyscy mieszkańcy wraz z ubraniami. Wśród nut zapachowych użytych w tej kompozycji wymieniona została zapalona zapałka i rzeczywiście, jej akord tli się siarkowo wśród chmur kadzidlanego labdanum.

„A City on Fire” to perfumy, które wciąż zmieniają maski i zaskakują niespodziewaną metamorfozą. Raz dym staje się czysty, momentami wręcz sterylny i  fabryczny, jakby paliły się kontenery laboratoryjnych probówek, by po chwili przeobrazić się w zapach szarych jesiennych ugorów i skórek kartofli pieczonych w popiołach ogniska. Gryzący, przemysłowy opar stopniowo rozwiewa się i pozostaje tylko balsamiczna mgła palonych jesiennych liści, obraz skib ziemi wywracanych pługiem i podążających za nim orszakiem gawronów w ciemnym październikowym świcie.
Dymne kłęby, które buchają  z „A City on Fire” mogą okazać się zbyt inwazyjne dla otoczenia, dlatego widzę te perfumy raczej jako coś na jesienny spacer, kiedy to można w samotności kontemplować wrażenia i obrazy.  Z pewnością są warte poznania, chociaż raczej jako perfumowa ciekawostka i i niepraktyczne dzieło sztuki, niż produkt użytkowy w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Nuty: zapalona zapałka, labdanum, jałowiec, nardostachys wielkokwiatowy, kardamon dzikie jagody.
 

Papirus, zielnik i tytoń – Byredo „Oud Immortel”

 

 

„Oud Immortel” to wprawdzie perfumy dość ekscentryczne i nietypowe, jednak nie należą do kategorii tych najbardziej trudnych i niezrozumiałych. Ziemisto – zielone przestrzenie niepokoją wprawdzie aromatem surowego tytoniu wchodzącego wręcz momentami w rejestry przypominające popiół, ale i kuszą aby się w nich zanurzyć niczym cieniste patio pełne ziół i południowych roślin.  „Oud Immortel” to ostra zieleń zmieszana z zapachem pergaminowych zwojów. Jest w nich coś ze starej biblioteki, kart wiekowych książek i roślinnych suchych włókien. Wśród nut zapachowych wymieniony został włoski likier Limoncello, ale nie jest on wiodącym składnikiem tych perfum. Owszem, czasem prześwituje słonecznym cytrusem, ale szybko zostaje zduszony przez ziemisto-mszystą paczulową powłokę, jakby kieliszek tego trunku rozlał się i wsiąkł w ziemię, zmieszawszy z aromatem gleby i korzeni traw. Kiedy próbowałam wyobrazić sobie  z jaką porą roku kojarzą mi się te perfumy, początkowo obstawiałam marzec, kiedy to pierwsza zieloność przeziera przez grudy ziemi, ale jest również w tym zapachu coś co przywodzi na myśl rozgrzane słońcem stosy skoszonego siana albo brzegi Eufratu. Co do tytułowego oudu, czyli często używanej głównie w perfumiarstwie niszowym żywicy drzew z rodzaju Aguillaria, to nie znając składu tych perfum można byłoby twierdzić, że nie ma go tam wcale. Został do tego stopnia zdominowany przez papirusowe i zielone akcenty, że przestał być oddzielnym zapachowym bytem, a stał się niewyczuwalną osobno składową całej kompozycji.

Nuty: papirus, tytoń, mech dębowy, likier Limoncello,  kadzidło, paczula, kardamon, agar (oud), brazylijskie drzewo różane.

 

Cyberpunkowa róża zanurzona w smarach – One of Those Nu_Be2 Lithium [3Li]

Lithium [3Li], perfumy nazwane nazwą chemicznego pierwiastka i jednocześnie leku stosowanego w psychiatrii kryją w sobie zawartość równie nietypową jak ich nazwa. Zapach składa się z  nut szafranu, przypraw i paczuli, ale jego jądrem jest róża i to zdecydowanie niszowa. Taka, która wyrosła bynajmniej nie w ogrodzie, ale na zgliszczach fabryki czy w środku warsztatu mechanika, a jej zapach wydaje się przybrudzony, industrialny, jakby płatki kwiatu pokryte były smarem. Róża z Lithium jest słodka, ale w dziwny sposób, coś jak zaśniedziały metal wysmarowany różaną melasą. Po jakiejś godzinie trwania na skórze staje się mocno pudrowa i bardziej łaskawa dla masowego odbiorcy. Niewątpliwie koncepcja Lithium jest oryginalna, ale perfumy te potrafią być też drażniące – pół ciepłe pół zimne, ni to drut kolczasty ni różana konfitura. Jest to jedna z tych kompozycji, które trudno oceniać w kategorii ładne/brzydkie. Jednych będzie pociągać nietypową konstrukcją i cyberpunkowym klimatem, innych odrzucać dokładnie z tych samych powodów.

Nuty: róża, szafran, paczula, przyprawy, nuty drzewne, cedr, piżmo, irys.

Tenisowy pojedynek po Drugiej Stronie Lustra – Imaginary Authors „The Soft Lawn”

 

Imaginary Authors „The Soft Lawn”

 

„The Soft Lawn” niszowej marki Imaginary Authors to zapach trawy i siana. Trawy ostrej, takiej której źdźbła potrafią ciąć skórę jak  brzytwa. Jest w tych perfumach cień i jakaś gumowata ekscentryczność, zapewne wymieniony w składzie zapach piłki tenisowej. Atmosferą „The Soft Lawn” przywodzi mi na myśl teledysk Pink Floyd „High Hopes” – ten sam nostalgiczno -surrealistyczny zamysł – dziwnie, lekko niepokojąco, to drażniąco, to znów błogo. Dużo intensywnej zieloności gryzącej raczej, niż łagodnie kołysanej wiatrem, czasem przemyka też zapach świeżej farby.

„The Soft Lawn” to zapach oniryczny, wprost z krainy na granicy jawy i snu, niczym śniadanie na trawie w cieniu gigantycznej piłki tenisowej wśród bluszczowego chłodu.

Ciekawe perfumy, może niekoniecznie do noszenia, ale do poznania z pewnością tak.

Nuty: piłka tenisowa, kwiat lipy, wetyweria, bluszcz, mech dębowy, wawrzyn

Niszowa skóra z lakierem – Mancera „Wild Leather”

 

Mancera „Wild Leather”

„Wild Leather” to zdecydowanie nie zapach dla każdego, a nawet powiem, że dla mało kogo. Chyba tylko miłośnicy głębokiej niszy się go nie ulękną.

Już otwarcie jest bardzo intensywne, z flakonu wydobywa się kaskada mchu dębowego połączonego ze skórą, surową i gorzką, oraz zapachem rozpuszczalnika.

I ten oto właśnie zapach przemysłowego lakieru dominuje całą kompozycję – pozostałe składniki  ugrzęzły tylko niemrawo w jego rozlewisku, wydając od czasu do czasu delikatne gwajakowe czy paczulowe westchnienia. Wraz z rozwojem perfum na skórze pojawia się dodatkowo trochę nut ziemistych i tych przypominających benzynę. I to by było w zasadzie na tyle. „Wild Leather” są perfumami linearnymi, nie ewoluującymi i opisywany stan utrzymuje się do końca ich (długiego, około 7 godzinnego) trwania.

Kto może być adresatem tych perfum? Producent określa go jako uniseks, ale widzę go tylko na lubiących wszelkie dziwności, ekscentryczności i śmiałe eksperymenty paniach. Dla mężczyzn powinien być łaskawszy, choć nadal pozostaje pachnidłem mocno niekonwencjonalnym.

Nuty: skóra, mech dębowy, drzewo gwajakowe, paczula, białe piżmo, róża bułgarska, bursztyn, fiołek, sycylijska bergamotka.

Sny o atramencie i piołunie – Amouage „Memoir”

 

Amouage „Memoir”

„Memoir” to chyba poza „Opus X” najciekawszy, (co nie znaczy, że najbardziej noszalny) z dotychczas przeze mnie poznanych perfum tej marki. To zapach zagadka – kreuje surrealistyczne światy gdzie zgrzyt kół zębatych zalewają atramentowe fale i piołunowa mgła, stawia pytania na które nie ma odpowiedzi, tworzy złożone pozornie z przypadkowych elementów sugestywne wizje.

„Memoir” pachnie dla mnie mieszaniną atramentu, winylu i lakierowanej skóry. Nad tym wszystkim unosi się jak duch ciemne kadzidło, dymne, nawet nieco gryzące w nozdrza. Dużo tu konotacji „technicznych” – zapachy lakieru, tektury, przemysłowych skór stworzone przez użyte w składzie kompozycje nut zwierzęcych, przypraw i ziół.

Zaskoczyło mnie, że ta atramentowa czerń wraz z upływem czasu wysładza się, spodziewałam się raczej, że będzie zmierzać w stronę suchą i gorzką. Również chłodnawy początkowo mrok łagodnieje i ociepla się – to goździki, kardamon i pieprz wzniecają rozgrzewające iskry.

Jeżeli „Memoir” ma być zgodnie z nazwą pamiętnikiem, to będzie to pamiętnik ekscentryka, który śni i pisze o kałamarzach, atramencie, kałamarnicach i wszystkim co przywodzi na myśl czarne i gęste ciecze.

Nuty: kadzidło, goździki, piołun, kardamon, skóra, nuty drzewne, francuskie labdanum, białe kwiaty, róża, kastoreum, pieprz, różowy pieprz, styraks, jaśmin, mech dębowy, piżmo, mandarynka.

 

Zapach emocjonalnej pustki – Serge Lutens „L`Orpheline”

Serge Lutens „L`Orpheline”

„L`Orpheline”, to po francusku sierota. Sieroctwo wiązać można z doświadczaniem uczuciowego chłodu i perfumy Lutensa również należą do kategorii tych zimnych.

Zapach jest dziwny, trudny. Łączy w sobie kamienny, kłujący chłód z jakby lekko zatęchłym kadzidlanym powiewem. Wszystko tu jest surowe, proste, owiane omszałym duchem przeszłości, ale z czasem wkrada się w tę surowość lekko słodkawa nuta krystalicznego piżma, która jest jedną z dwóch nut zapachowych tworzących te perfumy.

Nazwa zapachu jest bardzo adekwatna do zawartości i przemyślana – nie jest to tylko dobrze brzmiący chwyt marketingowy, mający zaintrygować klienta. Emocjonalna pustka bycia porzuconym i osieroconym bardzo dobrze wpisuje się w artystyczną wizję Lutensa. Czyste, przejrzyste piżmo tych perfum przeszywa jak szklany nóż bólu doświadczanego po porzuceniu. „L`Orpheline” to zapach zimnych marmurowych sal i pustych muzealnych wnętrz, dawno zapomnianych przez odwiedzających i pozostawionych na pastwę kurzu i mijającego czasu.

Ten wytwór marki Serge Lutens jest zdecydowanie odpowiedni dla obu płci. Będzie dobrym wyborem dla osób ceniących proste, ale awangardowe kompozycje, poszukujących raczej wrażeń i obrazów jakie tworzy zapach, nawet jeżeli nie są one łatwe, niż konwencjonalnej ładności.

Nuty: kadzidło, piżmo.

Brudna ćma w dworcowej toalecie – Zoologist „Moth”


Zoologist „Moth”

Buteleczka niezwykle zachęcająca, sugerująca perfumy niekonwencjonalne, ekscentryczne i mroczne. Na pewno również odważne i stanowiące dobrą pożywkę dla wyobraźni, tworzenia w umyśle obrazów, odniesień i skojarzeń.

Rzeczywistość jednak okazała się okrutna. Testowanie tych perfum było przyznam, torturą. Okropny, rzeczywiście prawdziwie owadzi zapach, ćma w ujęciu naturalistycznym, a nie symbolicznym, zmieszany z czymś syntetycznym i wonią moczu. Mieszanina ta była tak odrażająca, że nie byłam w stanie wręcz zbliżyć nosa do nadgarstka. Za każdym razem gdy musiałam je powąchać w celach testowych czułam się jakbym miała zaraz zanurzyć nos w cuchnącej kałuży. Zeschnięte, zakurzone stosy owadzich kokonów w bramach starych kamienic, na strychach gdzie bezdomni załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Jakim cudem tak niewinne dominujące nuty – miód, mimoza, heliotrop, dym, irys, żywice mogły wydać na świat takiego potwora.

Dla mnie straszna trauma zapachowa, ale wiem, że są osoby, które tę woń postrzegają inaczej, oceniają wręcz jako noszalną i użytkową i skłonne są zapłacić niemałą, bo około 600 zł wynoszącą cenę za te perfumy.

Nuty: miód, mimoza, dym, heliotrop, agar, irys, żywice, piżmo, czarny pieprz, róża, szafran, goździki, kmin, gałka muszkatołowa, cypriol, drzewo gwajakowe, cynamon, konwalia, jaśmin, ambra, wetyweria, paczula, cytryna