Liliowo-frezjowy bukiet Ofelii – Diptyque „Ofresia”

Diptyque  „Ofresia”

 

Ofresia to niewątpliwie zapach jednoznaczenie kwiatowy. Jego trzon i głównie wyczuwalny składnik stanowi frezja, zmieszana co najmniej w proporcjach pół na pół z lilią, która oficjalnie nie figuruje w składzie. Wyjaśnieniem tego może być fakt, że aromat frezji w perfumiarstwie nie jest zazwyczaj uzyskiwany z czystego olejku tego kwiatu, lecz jako kombinacja z innymi składnikami, na przykład dodatków jaśminu czy nut zielonych, alfa-terpineolu czy limonenu.

Kwiaty tutaj są przejrzyste, upojne, anielskie, wręcz uduchowione. To transparentne płatki prześwietlone chłodnym światłem księżyca.

Zapachu zielonych części roślin jest niewiele, tylko czasem gdzieś daleko w tle przemknie delikatna omszała zieloność. Perfumy Diptyque to oda do czystych białych kwiatów, zimnych wilgotnym chłodem jakby leżały zatopione na dnie zimowego jeziora.

Nastrój stworzony przez opisywane perfumy to melancholia. Lilia, obok kalii kwiat tradycyjnie kojarzony z nagrobnymi wieńcami, rozsiewa w „Ofresia” upojną, narkotyczną, ale i smutną woń, jakby była kwiatem, który wyrastał w wiecznym cieniu.

Wymienianego w składzie czarnego pieprzu nie ma w tej kompozycji wiele. Ot, tylko szczypta, żeby podkreślić eteryczną kwiatową poświatę. Nut drzewnych wyczuwam jeszcze mniej.

„Ofresię” określiłabym jako perfumy lunarne, księżycowe. Wszystko tu jest świetliste, a jednocześnie ukryte w półcieniach, widmowe, dalekie i chłodne. „Rozmajaczone półsenną jawą”, jak pisał Leopold Staff w wierszu „Sad w księżycu”.

Według mnie jest to zdecydowanie najciekawsza odsłona lilii w perfumach. „Ofresia” byłaby perfumowym ideałem, gdyby tylko parametry użytkowe były nieco lepsze (są na przeciętnym poziomie) i dostępność tego zapachu na polskim rynku większa.

Nuty: frezja, pieprz, nuty drzewne

Bogactwo kipiącej zieleni – Balenciaga „Florabotanica”






Balenciaga „Florabotanica”

 

Florabotanica to perfumy, jak sama nazwa już może sugerować, bardzo zielone. Dużo tu nut trawiastych i tych przywodzących na myśl roślinne soki i liście. Wszechobecna zielona soczystość  jest bardzo delikatnie oszklona cukrem, co łagodzi nieco gryzący wydźwięk ostrzy traw i łodyg.

Róża jest obecna tylko symbolicznie i to głównie w postaci bardzo mocno rozwodnionej wody różanej. Z kwiatów główną rolę gra tu raczej goździk i pospołu z wetwerią sprawia, że kompozycja jest bardziej wytrawna niż słodka, natomiast zdecydowanie mocno aromatyczna.  

Perfumy Balenciagi to zapach kojarzący się intensywnie z wiosną świeżą zielenią, wszechogarniającą wegetacją. 

To zieleń raczej rodem z łąk i zarośniętych chwastami ogrodów, niż ta z wystrzyżonych klombów i uporządkowanych rabatek. Florabotanica pachnie świeżym zielskiem –  wyrwanymi wraz z ziemią naręczami mięty, pokrzyw, omszałych łodyg lulka. Z czasem bledną ostre trawiaste akordy, zieleń przechodzi w stronę bardziej pastelową i rozmytą, pojawia się nieco mydlana nuta konopii i w takiej formie zapach trwa już do końca. 

Jeżeli pragniemy zanurzyć się w odmętach krystalicznej, wiosennej zieleni, perfumy te będą dobrym wyborem. Dobra trwałość i umiarkowana projekcja. 

Nuty: róża, mięta, goździk, wetyweria, konopie indyjskie, bursztyn.

Perfumy turpistyczne: koszmar dla koneserów – Diptyque „L`eau Trois”

Diptyque „L`eau Trois” 

Kolejne perfumy, które z pewnością dla wielu osób będą bardzo trudne w odbiorze. Częściowo może być to spowodowane datą ich powstania – 1975 rok, biorąc pod uwagę, że zapachy z jakiegoś powodu starzeją się dużo szybciej niż muzyka czy sztuki plastyczne, ale głównie jednak ich niszową naturą.

Największe podobieństwo chyba łączy „L`eau Trois” z drewnianym wnętrzem zabytkowego kościoła lub innego starego i dawno nieodwiedzanego przybytku. Ten opuszczony wytwór ludzkiej cywilizacji został jednak całkowicie pokonany i pochłonięty przez naturę. Drewno w tych perfumach marki Diptyque nie jest suchym, kadzidlanym drewnem jakie znamy choćby z Lutensowkich „Fille en Aiguilles”. To drzewo zbutwiałe, mokre od deszczu, z pełnym wachlarzem pleśniowych woni w komplecie, które powoli toczą i pożerają antyczne drewno. Sosna, obecna w składzie, występuje tu nie w postaci balsamiczno-iglastej, ale przywodzącej na myśl obumierające pod warstwą pleśni sosnowe korzenie.

Pojawia się w tych perfumach również dym – brudny, gryzący, jakby powstał z palenia stosów zatęchłych krzeseł i szaf.

Z pewnością „L`eau Trois”tworzy  niebanalny nastrój, przywołuje przeszłość, która uległa zagładzie, przesuwające się widma minionych dni i lat, ale trudno wyobrazić sobie, by ktoś chciał je nosić na codzień. Przydatne mogą być chyba tylko w celu intymnego obcowania z nimi w domu i samotnego kontemplowania obrazów jakie wywołują. Jeżeli ktoś lubi poezję skrzypiących starych schodów i pleśniejących ścian, nie budzi w nim strachu przemijanie i unicestwienie, to doceni posępny urok tych perfum.

Nuty: sosna, olibanum, mirra, rozmaryn, mirt, przyprawy, kminek.

Różany (prawie) ideał – Stella McCartney „Stella”

Stella McCartney „Stella”

Monotematyczne w zasadzie, bo oparte głównie na jednym składniku, różane perfumy wydane w 2003 roku przez projektantkę mody Stellę McCartney, córkę słynnego członka zespołu The Beatles, Paula McCartneya.

Motyw przewodni tego zapachu stanowi oczywiście róża, – dość słodka i esencjonalna, leciutko orzeźwiona przez nuty piwonii i mandarynki. Róża przedstawiona jest tu w postaci czystego kwiatu, bez żadnych kwaśno-ostrych akcentów, przypraw czy zielonych elementów łodyg i liści. Jest realistyczna raczej niż kosmetyczna, nosząc te perfumy ma się wręcz wrażenie dotyku na skórze zamszowych różanych płatków.

Pozostałe nuty, czyli bursztyn, mandarynka i piwonia, nie stanowią tu oddzielnych zapachowych bytów, są tylko przewijającymi się w tle cieniami, wydobywającymi i wzmacniającymi różane piękno.

„Stella” to kompozycja upojna, ale przestrzenna i dość lekka jednocześnie. Nie ma tu konfiturowych akcentów, czy wanilowych dosłodzeń, jest żywy kwiat, z płatkami lekko zmrożonymi chłodem porannej rosy.

Mimo swojej niewątpliwej jednolitości i niezmienności, „Stella” jest skonstruowana bardzo kunsztownie. Przy odwzorowaniu naturalnej róży udało się projektantom uniknąć pokus modyfikowania jej kosmetycznym piżmem, zagrzebywania w stosie przypraw czy przekładania paczulą.

Jedyny mankament to średnia trwałość i przeciętna najwyżej projekcja.

Nuty: róża, piwonia, bursztyn, mandarynka.

Dym, rosa i brzozowy zagajnik – Miller Harris „La Fumee”




Miller Harris „La Fumee”

Pierwsze uderzenie zapachu jest bardzo balsamiczne. To ucieleśniona wręcz żywica drzew iglastych, do której dołącza po chwili dymne kadzidło.

Wyraźny jest również kardamon i zapach brzozowego drewna, trochę rozwodniony, szklisty, tak jak pachnie kora sosnowa w mgliste i wilgotne poranki.

Od czasu do czasu z symfonii nut wychyla się agar i zaostrza kompozycję charakterystyczną szczypiącą w nozdrza nutą.

Nie jestem wielką fanką zapachów drzewnych, ale „La Fumee”, czyli po francusku dym, naprawdę mi się podoba. Przyprawom, balsamom i żywicom udało się stworzyć klimat lasu i żywego drewna, a nie polerowanych mebli, jak to ma miejsce w części zapachów z tej kategorii. Nie wybrzmiewa też wcale sucho, balsamy i żywice pulsują aromatycznością, drewno jest świeże i chłodno-wilgotne.

„La Fumee” nie maluje obrazu posępnego, ciemnego boru – to brzozowo-sosnowy zagajnik rozciągający się w dali rozmytą przez mgłę i żywiczne dymy linią drzew oraz warstwy opadłych igieł i brzozowych liści oszklonych zimną rosą.

Bardzo dobra trwałość, którą perfumy te się charakteryzują sprawia, że jest to zapach w swojej kategorii bliski ideału.

Nuty: kadzidło, francuskie labdanum, drzewo sandałowe, elemi, brzoza, marokański cedr, kardamon, kolendra, bursztyn, rumianek, kmin, agar, lawenda, geranium.

Owoce z fabryki proszku do prania – Nina Ricci „Nina L`Elixir”

Nina Ricci „Nina L`Elixir”

Flakon jest prawdziwie urzekający, przypomina zatrute jabłko z bajki o królewnie Śnieżce, niestety zawartość już, mnie przynajmniej, nie zachwyca.

Najbardziej przeszkadza wrażenie syntetyczności zapachu i przybrudzona nuta, coś jakby zeschnięte łodygi roślin. W składzie są obecne czerwone jagody i cytryna, ale dają one efekt podobny raczej do woni jabłka –  kwaskowego, podwiędłego i ze skórką nabłyszczoną woskiem. Syntetyczna słodycz łączy się tu z całkiem dużą dawką goryczki i ostrej kwaśności.

Nienaturalna jabłkowość jest właśnie w „Nina L`Elixir” cechą dominującą.  Obecna w tych perfumach cytryna również brzmi niczym rodem z detergentu, jest sztuczna i drażniąca.

Istnieją zapachy, w których „plastikowość” i nienaturalność jest założoną z góry, przemyślaną i dopracowaną artystyczną wizją, jak np. w Bright Crystal Absolu Versace czy This is Her marki Zadig&Volatire. W „Nina L`Elixir”  sprawia to jednak wrażenie przypadkowego niedociągnięcia, braku pomysłu czy cięcia funduszy.

Trwałość przeciętna, projekcja bezpośrednio po aplikacji duża, ale szybko cichnie, po niecałej godzinie opadając do średniego poziomu.

Nuty: czerwone jagody, cytryna Amalfi, piżmo, jaśmin

Waniliowe ciasteczka z nadzieniem różanym – Mancera „Roses Vanille”


Mancera „Roses Vanille”


„Roses Vanille” to jedne z najbardziej apetycznych perfum jakie dane mi było wąchać, ale należy ich używać naprawdę ostrożnie, bowiem jest to płyn o wielkiej mocy. Ogromna trwałość i projekcja, jak również gęsty, esencjonalny charakter perfum sprawiają, że użyte dawki muszą być niewielkie, by nie przytłoczyć zmysłu powonienia zarówno własnego i otoczenia.

Nie da się ukryć, że jest to zapach ciężki i mocno słodki piżmowo-waniliową słodyczą. Nutami dominującymi są tu zdecydowanie wanilia, cukier i piżmo, przy czym to ostatnie, co bardzo mi się podoba, nie ma żadnych mydlanych konotacji, gładko łączy się z waniliowymi nutami, ocieplając je i prowadząc w stronę bardziej kosmetyczną niż spożywczą. Róża, konfiturowa i równie słodka, dodana została już w znacznie mniejszej ilości. „Roses Vanille” wybrzmiewa trochę jak perfumowa interpretacja słodkiego miąższu pączków z kroplą różano-malinowego dżemu.

Z pewnością, mimo deklarowanych w składzie kompozycji nut wodnych czy cytryny, nie można tu liczyć na żadne świeże czy lekkie akordy. Od początku do końca, przez cały (bardzo długi, 8-9 godzinny) okres trwania zapachu na skórze jest słodko, pysznie i ciasteczkowo. „Roses Vanille” zdecydowanie mogą być użyte jako poprawiacz nastroju na chłodniejsze pory roku, w gorące lato ich esencjonalność i ciężar może natomiast zbytnio przytłaczać.

Polecam miłosnikom zapachów słodkich i gourmand.

Nuty: wanilia, róża, cukier, białe piżmo, cedr, cytryna, nuty wodne.

Jaśminowa perła – Jesus del Pozo „In White”

Jesus del Pozo „In White”

Młodszy brat nieodżałowanego In Black, wydany w 2007 roku. Twórcą kompozycji są Francis Kurkdijan i Violaine David.

Wielbicielom Pure Poison, Jasmin Full czy Amarige perfumy te zdecydowanie powinny przypaść do gustu. „In White” to upojny, świetlisty i chłodny bukiet białych kwiatów (jaśmin egipski, kwiat pomarańczy, kwiat cytryny, kwiat migdałowca, frezja, magnolia). Jest elegancko, z lekkim sznytem retro, przestrzennie i słodko. Jest to słodycz wyłącznie kwiatowa, upojna, ale w żadnym razie nie  mdląca, są w niej iskrzące drobinki bergamotki, które leciutko tę kompozycję orzeźwiają. Wbrew pozorom jaśmin to trudna nuta w perfumach, często wybrzmiewa syntetycznie, przypominając chemiczny spray na owady, w „In white” natomiast jaśmin jest miękki i naturalny raczej niż kosmetyczny.

„In White” nie należy do zapachów skomplikowanych czy bardzo głębokich, ale ma w sobie sporą dozę klasy i stylowości.  Charakter ma raczej elegancki, choć to elegancja dość zachowawcza i konserwatywna, niż codzienny.

Od początku do końca perfumy te są symfonią białych kwiatów, nic tu nie zmienia się i nie ewoluuje. Jest gładko, kremowo, kwiaty mimo swojej narkotycznej mocy nie duszą, ale również nie jest to zapach lekki ani zielony. Trwałość jest całkiem przyzwoita, około 5-6 godzin.

Nuty: egipski jaśmin, kwiat pomarańczy, kwiat cytryny, frezja, piżmo, kwiat migdałowca, magnolia, liść bambusa, nuty pudrowe, irys, bergamotka, orchidea.

Syntetyczne siano z mdłą szczyptą piołunu – Franck Boclet „Absinthe”



Franck Boclet „Absinthe”

Początek jest wręcz dramatyczny – to zapach pasty do zębów zmieszanej z męską pianką do golenia. Z czasem kompozycja podąża w stronę kopy lekko podeschniętego siana z kilkoma gałęziami zwiędłej bylicy piołun. Perfumy te są bardzo roślinne, ale nie do końca wytrawne. Gdzieś na dnie, pod całą trawiastą zielonością i goryczka kryją się drobinki cukru, dość dziwaczne, jakby iskrzące i mocno syntetyczne. Słodycz ta jednak jest naprawdę bardzo symboliczna i nie przełamuje w żaden sposób dominującej woni ostrego, świeżego jeszcze siana.

„Absinthe” moim zdaniem podobać się może tylko miłośnikom perfum zielonych, tych przywodzących na myśl liście, łodygi i roślinne soki. Perfumy zaklasyfikowano jako uniseks, ale według mnie są zdecydowanie męskie i to w niekorzystnym tego słowa znaczeniu – czuje się tu zapach typowo męskich kosmetyków jak pianki i wody po goleniu.

Dla mnie ta kompozycja jest wielkim rozczarowaniem, zwłaszcza, że cenię markę Franck Boclet i dość dziwne jest, że wydała na świat takiego perfumowego potworka. Znacznie więcej piołunu i to w najlepszej postaci było w „Ashes” tej samej firmy. Dopuszczam jednak możliwość, że mogę być w swojej recenzji nieobiektywna, bo generalnie nie gustuję w zielonych perfumach typu trawiastego.

Nuty: piołun, lawenda, wetyweria, skóra, bursztyn, heliotrop, rabarbar, nuty drzewne, zielona mandarynka.

Przekleństwo znikającej czarnej róży – Yves Rocher „Rose Oud”

Yves Rocher „Rose Oud” 

Testowałam te perfumy wielokrotnie i jako zdeklarowana wielbicielka róży bardzo chciałam je pokochać.

I rzeczywiście, gdyby cały czas pachniały tak jak w otwarciu, byłyby to jedne z moich ulubionych. Wspomniany początek to ciemna, dojrzała róża, słodka lekko syntetyczną gładko-piżmową słodyczą. Ciekawym akordem jest również dodatek wybrzmiewający jak niezbyt słodki wiśniowy dżem zmieszany z kilkoma kroplami wina. Na tym etapie jest elegancko, dojrzale i melancholijnie.

Zdecydowanie dominuje w tych perfumach różana nuta, tytułowy oud nie występuje jako samodzielny, rozpoznawalny akord, jak to na przykład często ma miejsce w agarowo-różanych perfumach marki Montale, a jedynie rozpuszcza się w tej różaności i wtapia w nią, nadając ciemnego, tajemniczego charakteru.

Mimo tych mrocznych konotacji, „Rose Oud” to zapach zdecydowanie ciepły i lekko korzenny. To pachnący różanymi kremami i wodami półmrok zacisznego buduaru, aksamitne portiery i welurowe fotele w kolorze ciemnego wina.

Niestety, niewątpliwy urok „Rose Oud” szybko cichnie. Perfumy podążają w kierunku kosmetycznej kremowości, róża nabiera tonów coraz bardziej plastikowych, by w końcu niemal zupełnie ulecieć ze skóry. Trwałość perfum to sprawa w dużej mierze indywidualna, ale w moim przypadku zapach ten bardzo szybko znika a projekcja jest ledwo wyczuwalna już pół godziny po aplikacji.

Nuty: róża damasceńska, agar (oud), labdanum, kmin.