Apokaliptyczna bestia, glony i ostrygi – Mugler „Womanity”

Mugler „Womanity”

I ujrzałem Bestię wychodzącą z morza, mającą dziesięć rogów i siedem głów…” głosi Apokalipsa św. Jana. Jako takie właśnie dziwaczne, odrażające wodne monstrum jawi mi się perfumeryjny twór Thierrego Muglera. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że w porównaniu do ekscentrycznego szaleństwa „Womanity” inne perfumy tworzone przez  projektanta, np. uznawane za kontrowersyjne Angel i Alien, są po prostu dziecięcą igraszką.

Mimo, że w wielu recenzjach tego zapachu pojawiają się okrzyki wręcz obrzydzenia i porównanie do zapachu kiszonych ogórków, „Womanity” ma spore grono wielbicieli, widzących w nich spacery po plaży i romantyczną morską bryzę. Te dwie skrajne wizje, zależne zapewne od indywidualnego działania receptorów węchowych, starałam się właśnie oddać na zdjęciach w tym blogu.

Niestety, ja również zasilę szeregi przeciwników tych perfum. Są kwaśno-słone w bardzo nieprzyjemny, rybno-algowy sposób, za co odpowiada zapewne obecna w tej kompozycji nuta kawioru – wyobrażam sobie, że tak mogłyby pachnąć martwe, psujące się małże wyrzucone na brzegi i zasolone morską wodą.

Przyznam, że do tej pory testowanie żadnych perfum nie było aż tak traumatycznym przeżyciem. Byłam wprawdzie przygotowana na coś mocno niekonwencjonalnego, ale rzeczywistość zdecydowanie przerosła wyobrażenia. To chyba jedyny zapach, który przyprawił mnie o głęboką odrazę –  nie byłam wręcz w stanie zbliżyć nosa do nadgarstka bez uczucia mdłości.

Wygląda na to, że tytułowa kobiecość w wyobrażeniu Thierry Muglera to gnijąca panna młoda spoczywająca w błocie wśród butwiejących wodorostów i martwych ryb. Na nieszczęście, zapach ten jest również niezwykle trwały, a i projekcję ma dużą, więc otacza użytkownika na długo aureolą rybiego oparu.  (Na zdjęciach Womanity starsza wersja)

Nuty: figa, kawior, figowiec, liść figi.

Luksusowy tytoń śliwkowy – Franck Boclet „Tobacco”


Franck Boclet „Tobacco”

Już początek zwiastuje, że są to perfumy wielkiej klasy i elegancji. Tytoń rozlewa się aksamitną strugą, łagodny i aromatyczny, połączony ze śliwką. Śliwka nie jest tu, jak możnaby się spodziewać, wędzonym, cierpkawym owocem, ale w pełni dojrzała, miodowa, zahaczająca wręcz o konfiturowość.

„Tobacco” często porównywane jest do „Tobacco Vanille” Toma Forda. I owszem, perfumy te utrzymane są w podobnej stylistyce. Wbrew swojej nazwie jednak, w kompozycji Francka Bocleta równie ważną rolę co tytoń odgrywają śliwka, fasolka tonka, goździki i nuty waniliowe. „Tobacco” jest słodsze i mniej monolityczne niż „Tobacco Vanille”, w których króluje zdecydowanie tytoń – bardziej szorstki, suchy, momentami nawet lekko drażniący pylistą nutą drewnianych wiórów.

Mimo, że „Tobacco” zaklasyfikowane zostały przez producenta jako perfumy męskie, jest to zdecydowanie unisex i z powodzeniem może być noszony również przez kobiety.

Nuty: tytoń, wanilia, śliwka, fasolka tonka, benzoes, goździk, imbir, wetyweria, cedr.

Słodkość pomarańczy i migotanie morskiej wody – Hermes „Elixir des Marveilles”

Hermes „Elixir des Marveilles”

Perfumy iście nadmorskie, wręcz czuje się w nich łagodne kołysanie fal. Obecność kandyzowanej pomarańczy i żywic pojawia się głównie w pierwszej fazie. Jest delikatnie słodko, subtelnie i wyrafinowanie. Mimo, że są to perfumy zdecydowanie dzienne i wakacyjne, to niosą ze sobą wytworną elegancję.

Po pewnym czasie zapach rozwija się w stronę, gdzie króluje głównie słona morska woda migocząca w promieniach słońca. To nie posępny, siny Bałtyk, tylko śródziemnomorskie, błękitne morskie tonie.

„Elixir des Marveilles” jest zapachem lekkim, przestrzenny – sól rzucona w morską bryzę i  kawałki drewna rozrzucone na plaży, pokryte osadem soli. Sól jednak nie jest tutaj  drażniąca czy ostra, ale subtelna, przepleciona lekką, transparentną słodyczą balsamów i pomarańczy.

Zapach bardzo wdzięczny, przejrzysty, czuć w nim wielki talent i klasę twórców oraz dobrej jakości składniki, które zostały w „Elixir des Marveilles” użyte.

Umiarkowana trwałość, oceniam je również jako perfumy trzymające się blisko skóry.

Nuty: skórka pomarańczowa, żywica syjamska, bursztyn, karmel, balsam peruwiański, dąb, cedr, paczula, kadzidło, fasolka tonka, drzewo sandałowe, cukier wanilinowy.

Słodycz orientalnej peonii – Jesus del Pozo „Desert Flowers Peony”

 Jesus del Pozo „Desert Flowers Peony”

Zdecydowanie nie podoba mi się flakon, który ma zamierzeniu zdaje się przypominać marokańską lampkę – wydaje mi się nieco tandetny.

Perfumy na początku są dość głośne. Zaczynają się oryginalnie, choć i ryzykownie, połączeniem nieco landrynkowej słodkiej peonii z oudem. Na tym etapie dziwnie przypominają mi Black Oud Montale, tam róża zmieszana z agarem, tu peonia z podyszywającą się pod oud mieszanką paczuli, benzoesu i labdanum.

Potem wszystko się wycisza, ostrość oudu znika i Desert Flowers Peony przypomina owocowo-kwiatowe-gourmand pachnidła typu Coco Madmoiselle (być może to przez wspólne w obu perfumach połączenie nut paczuli z bergamotką i mandarynką) i Miss Dior Absolutely Blooming (owoce i peonia w składzie).  Jest jednak od nich głębszy, ciemniejszy, mniej oczywisty, z pobrzmiewającymi echami orientu dzięki nucie zapachowej daktyla. W zasadzie jest to zapach z gatunku obecnie modnych mainstreamowych owocowych słodyczy, dobrze zrobiony,  i z pewnością mogący się podobać. W popularnym stylu, ale z indywidualnym piętnem projektanta. Porażająca wręcz trwałość i spora projekcja.

Nuty: peonia, daktyl, mirra, benzoes, labdanum, paczula, bergamotka, nuty przyprawowe, piżmo, wetyweria, mandarynka.

Suszony kwiat akacji i kwaśny goździk – Donna Karan „Gold Sparkling”


Donna Karan „Gold Sparkling”



„Gold Sparkling” to perfumy cierpkie. Obecne są w nich akacjowe powiewy, ale za sprawą domieszki intensywnego białego goździka pachną raczej jak suche kwiaty akacji, zmielone razem z liśćmi. Jest w tych perfumach dużo zielonych, kwaśnych nut

Mnie ta cierpkość rozczarowała – liczyłam na więcej kwiatowości akacji i bzu, a na mojej skórze dominuje cytrusowy goździk zmieszany z paczulą. Jednak, mimo, że „Gold Sparkling” nie należy do kategorii zapachów którą najbardziej lubię, czyli słodkich, raczej ciężkich z romantycznym zacięciem ale i nutą „inności” (tej „inności” jest w „Gold Sparkling” aż za dużo), budzi moją sympatię, jest zdecydowanie „jakiś”, ma swój wyraźnie sprecyzowany charakter i wyróżnia się spośród nudnych, miałkich pachnidełek typu „Chloe” czy „Bright Crystal”.

Na pewno jest to zapach ekscentryczny, bo do typowo świeżych i zielonych też nie można go zaliczyć, mimo całej jego kwaśności, dziwnej zresztą, bo suchej i jakby pieprzowej. Są w nim też jakieś echa liści geranium, którego nie ma w składzie.

Może być kuszący dla lubiących ekstrawagancję i dziwadła, tudzież lubujących się w cierpkościach i kwaskowatościach innych niż cytrusowe.


Nuty: akacja, biały goździk, bez, bursztyn, paczula, jaśmin, cytrusy, jagody.

Sosnowy las, dym i kadzidło – Serge Lutens „Fille en Aiguilles”

Serge Lutens „Fille en Aiguilles”

„Fille en Aiguilles” pochodzą z 2009 roku. Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym zapachem, poczułam, że czegoś takiego poszukiwałam od lat – nieoczywistość, balsamiczne ciepło i melancholia jesieni.

Nazwa oznacza dziewczynę w szpilkach i z pewnością nie chodzi tu o rodzaj butów, lecz kobiecość zanurzoną w zwarzonych już niszczącą mocą jesieni igłach sosnowych, które stanowią w tych perfumach jedną z dominujących nut. Zapach pogrążonego w jesieni lasu i jego suche iglaste poszycie oddane jest w „Fille en Aiguilles” bardzo realistycznie.

Początek tych perfum to przeplatanie się woni dymu ogniska, suchego osmalonego drewna, żywic i sosnowych igieł. W ciągu kolejnej godziny zapach idzie w kierunku drewniano-kadzidlanym. Przypomina wtedy suche drewno kościelnych ław przesączone charakterystycznym zapachem wnętrz świątyń.

Jest w tych perfumach coś uroczystego, tajemniczego jak woal jałowcowego dymu, który skrywa za sobą światy, których gołym okiem nie widać, a jednocześnie te palone liście lekko osłodzone żywicą i suszonymi owocami są po protu ładne i noszalne.

Jedyną wadą „Fille en Auguilles” jest ostatnia faza , kiedy to wybrzmiewają dymno-balsamiczne wonie i ujawnia się w roli dominującej wetyweria z drażniącym ziemistym posmakiem.

Projekcja raczej bliskoskórna, trwałość około pięciu godzin.

Nuty: sosna, kadzidło, suszone owoce, jodła balsamiczna, przyprawy, liść laurowy, wetyweria.

Pochmurna gorycz – Slava Zaitsev „Maroussia”

 Slava Zaitsev „Maroussia”

Mimo, że są to perfumy z kategorii bardzo tanich (ok. 30-40zł) jest to kompozycja dość ambitna i trudna w odbiorze, zupełnie inna niż większość płaskich pachnideł drogeryjnych.

„Maroussia” rozpoczyna się przypływem gorzkiej ziołowości. To roślinna goryczka, szypr i lekka pudrowość gdzieś w tle. Jest też i drewno, ciemne, lekko wilgotne, takie na krawędzi butwienia. „Maroussia” jest niczym cerkiewna mniszka – poważna, szorstka i surowa. Pierwsza faza zapachowa  tych perfum jest jednocześnie fazą ostatnią – są linearne i właściwie nie ewoluują.

Chciałam napisać również, że to woń pozbawiona nawet cienia zmysłowości, ale po głębszym namyśle stwierdzam, że tkwi gdzieś w głębi  „Maroussi” szczypta złowrogiego erotycznego magnetyzmu, posępnego jak sylwetka kobiety rysująca się w oddali na tle zachmurzonego nieba. To kobieta stojąca po pas w rozkołysanych gorzkich ziołach, z  twarzą przysłoniętą, bo Maroussia nie wyjawia wszystkich swoich sekretów, wciąż ma się wrażenie, że obok nut pierwszoplanowych, cały czas obecne jest coś w tle – rozmyte, falujące, wciąż zmieniające formy aby pozostać nieidentyfikowalnym – raz wydaje się, że to ostre nuty zwierzęce, raz, że łagodność fasolki tonka.

Perfumy te spodobają się miłośniczkom niesłodkich, szyprowych, zdecydowanych kompozycji. Niekoniecznie „ładnych”, za to interesującyh. Trwałość jest bardzo dobra, projekcję określiłabym jako umiarkowaną.

Nuty: cywet, aldehydy, goździk, ylang-ylang, drzewo sandałowe, bursztyn, benzoes, wanilia, piżmo, fasolka tonka, tuberoza, cedr, heliotrop, jaśmin, róża, irys, brzoskwinia, orchidea, kwiat pomarańczy, bergamotka, konwalia.

Lilia na kostce lodu – Issey Miyake „L`Eau d`Issey Pure”

 

Issey Miyake „L`Eau d`Issey Pure”

Świeża, przestrzenna kompozycja. Przywodzi na myśl kwiat lilii unoszący się na powierzchni chłodnej wody. Obecna w tym zapachu delikatna zielona goryczka czyni go jeszcze bardziej intrygującym. „L`eau d`issey pure” to wielka, choć ujęta w sposób nieoczywisty elegancja. Bardzo odpowiednia do zawartości jest forma flakonu – prosta, nowoczesna i ascetyczna.

Bo taki właśnie jest ten zapach – elegancki współczesnym modnym minimalizmem. Zanurzona w wodzie, nie do końca rozkwitła lilia zmieszana z ozonowymi nutami lotosu. Przestrzenne białe wnętrza i chłodne jasne światło. Jest kwiatowo, ale to kwiatowość subtelna i wyciszona. Lilia występuje w tych perfumach nie jako pożerający swym intensywnym, balsamicznym aromatem wszelkie okoliczne wonie strasznokwiat, lecz ucieleśniona wytworność, wytrawna, zrównoważona i na dystans. Pełnia szlachetnej prostoty – japoński pejzaż namalowany na chłodnej powierzchni białego jedwabiu.

Mimo swojej wyciszonej przejrzystości, nie jest to zapach dziewczęcy. Odpowiedni będzie raczej dla dorosłych kobiet, bo sam nosi w sobie również pewną dojrzałość i równowagę.

Zdecydowanie na wiosnę i lato, z powodu swego krystaliczno-chłodnego charakteru.

Nuty: jaśmin, lilia, nuty wodne, ambra, drzewo kaszmirowe, kwiat pomarańczy, róża damasceńska.

Narkotyczna transowość tuberozy – Serge Lutens „Datura Noir”

 

 

Serge Lutens „Datura Noir”

Datura, czyli bieluń, to halucynogenna roślina, która potrafi również być śmiertelnie trująca. Nazwa perfum sugeruje więc zapach narkotyczny, transowy, głęboki. I rzeczywiście, „Datura Noir” w dużym stopniu taka jest.

Początek to lekko gorzkawy olejek migdałowy (migdały są obecne w składzie). Intensywna słodycz, trochę syntetyczna, z posępnym tuberozowym podbiciem. To słodycz dziwna, niby kremowa i gęsta, (nuta kokosa jest tu nieco podobna do tej z „Crystal Noir” Versace), ale przy tym wcale nie kojąca i ciepła, lecz żałobna, gorzka i z ponurym piętnem. Trochę jak ptasia czaszka leżąca wśród kwiatów tuberozy i połyskująca widmowo wśród dusznego tropikalnego zmierzchu.

Są w tych perfumach jednocześnie egzotyczne kraje z gorącym klimatem, podzwrotnikowa roślinność, duszność tuberozy i heliotropu ale i malaryczność tropikalnych bagien,  oślepiające słońce, nie życiodajne, lecz wyzłacające porzucone na pustyni kości.

W „Datura Noir” odnajduję pewne echa „Hypnotic Poison”, ale jest tu więcej goryczki. Mimo, że Serge Lutens zaliczany jest zazwyczaj do marek niszowych, perfumy te raczej trudno zaliczyć do tej kategorii. Nie jest to wprawdzie zapach dla wszystkich, zapewne wiele osób oceni je jako zbyt duszne i gęste, ale nie ma też w ich konstrukcji żadnych ekscentrycznych czy szczególnie trudnych akcentów, poziom nietypowości na równi z „truziznami” Diora. Trwałość i projekcja umiarkowane.

Nuty: tuberoza, migdał, kokos, heliotrop, chiński osmantus, wanilia, fasolka tonka, kwiat cytryny, piżmo, mirra, morela, mandarynka.

Industrialna gruszka – Serge Lutens „La Vierge De Fer”

 

Serge Lutens  „La Vierge De Fer” 

 

„La Vierge De Fer”, czyli po francusku Żelazna Dziewica. Tytuł, jak wszystkie zresztą nazwy perfum Serge Lutensa ma nieść ze sobą  znaczenie, gdyż twórca ten wierzy, że język wpływa na postrzeganie zmysłami, tak jak w tym wypadku węchem.  Serge Lutens zawsze tworzy dla swoich perfum historie, zanurzone w psychologii, psychoanalizie, literaturze i sztukach wizualnych.

Co do „La Vierge De Fer”, to trudno postrzegać je jako narzędzie tortur, tytułową żelazną dziewicę – to kompozycja na wskroś nowoczesna, industrialna poprzez metaliczne nuty w składzie, a jednocześnie łatwo noszalna i zdecydowanie kobieca.

Jest w niej dużo lekkości, przejrzystych struktur, płynnie przenikających się rozmytych nut. Dużo w tych perfumach niedpowiedzeń i tajemniczości, a jednocześnie jakiś żywy dziewczęcy urok. Trochę w nich smutku, trochę pogody.

Z rozczarowaniem natomiast stwierdzam, że nie wyczuwam prawie w tej kompozycji lilii, ze względu na którą zresztą ją nabyłam. Dominuje gruszka – słodka, soczysta, dojrzało-pomarańczowa. Nie jest to jednak zwykły owoc. To gruszka podszyta metaliczną powłoką, chłodną i pozbawioną patosu jak nagrobna płyta z szarego lastryko. Niewiele też jest kadzidła, które mogłoby nadać tym perfumom więcej morku.

„La Vierge de Fer” to dobry początek na rozpoczęcie przygody z perfumami niszowymi – te zdecydowanie są noszalne i mogą podobać się nawet osobom niespecjalnie odważnym i nieprzygotowanym na ekstremalne eksperymenty. Jeśli chodzi o parametry użytkowe, to są dość trwałe, ale bliskoskórne.

Nuty: lilia, gruszka, kadzidło, drzewo sandałowe.