Wydzielina kaszalota, mocz góralka – czyli co kryją w sobie popularne składniki perfum

Każde perfumy składają się z kompozycji wielu komponentów. Dzisiaj chciałam przybliżyć te często używane składniki, których nazwy zwykle znamy, ale nie wiemy czym dokładnie są. Odkrycie co naprawdę kryje się pod pozornie niewinnymi nazwami jak ambra czy cywet może być nieco szokujące 🙂





Hyraks / hyraceum 


Hyrax, czyli po polsku góralek, to mały ssak o gęstym futrze i niewielkim ogonie, zamieszkujący Afrykę i zachodnią część Azji. Ze skamieniałego połączenia moczu i odchodów tych zwierząt pozyskiwana jest substancja zwana „hyraceum”, która jest składnikiem perfum tak znanych firm jak Hermes czy Artisan. 







Asafetyda


Rodzaj gumożywicy otrzymywanej z kłączy i korzeni zapaliczki cuchnącej występującej w północnych Indiach, Iranie i Pakistanie. Nazywana jest „czarcim łajnem” lub „smrodzieńcem”. Dawniej stosowana w medycynie naturalnej jako środek uspokajający, dzisiaj jest przyprawą i składnikiem perfum. Użyta została między innymi w perfumach takich jak „Poison Tendre” Diora czy „Escada” Escada. 






Ambra

Ambra jest wydzieliną z przewodu pokarmowego kaszalota, która powstaje w wyniku niestrawności lub zaparcia wieloryba. Jej zapach często porównywany jest do końskiego potu i zapachu morza. Jest to bardzo popularny składnik perfum i znajdziemy ją choćby w „Alienie” Muglera, „Poison” Diora, czy „Samsarze” Guerlain. Z uwagi na to, że jest bardzo droga i trudno pozyskiwalna, często zostaje zastąpiona syntetycznym ambroxanem.





Cywet


Jest ekstraktem z gruczołów okołoodbytniczych ssaków zwanych cywetami. Zwierzęta te występują na terenie Abisynii, Gwinei, Senegalu i Indii. Cywet obecny jest na przykład w „Shalimar” Guerlain, „Obsession” Calvin Klein czy „La Nuit” Paco Rabanne.





Aldehydy


Aldehydy to związki organiczne, produkty utleniania alkoholi. Mogą być pozyskiwane z naturalnych olejków, jednak te używane w kosmetyce zwykle są syntetyczne. Pozwalają imitować naturalne zapachy i utrwalają je. Są komponentem między innymi „Chanel No 5” i „Dune” Diora. 



Agar


To ciemna, aromatyczna żywicą, która tworzy się w rdzeniu tropikalnych roślin z rodziny wawrzynkowatych, gdy zostaną zainfekowane specjalnym rodzajem pleśni. W medycynie wschodniej wyciągi z agaru stosowane są jako środek uspokajający. Agar jest bardzo drogim i ekskluzywnym składnikiem.  Można go znaleźć w perfumach takich jak „Roberto Cavalli Tiger Oud” czy „Valentina Oud Assoluto” firmy Valentino. 













Plastikowe kwiaty – Trussardi „My Scent”

 

Trussardi „My Scent”


” My Scent” jest zapachem stosunkowo nowym, gdyż pojawił się na rynku w 2015 roku. Przyznam, że zdecydowałam się go przetestować ze względu na obietnicę bzu i heliotropu w składzie, które są jednymi z moich ulubionych nut zapachowych. Zamiast nich otrzymałam jednak landrynkową, sztuczną woń, idealnie korelującą z cukierkowym różowym flakonikiem.

Otwarcie nie należy do zachęcających  – jest mydlane i plastikowe, z irytującą nutą sztuczności. Również dalsze fazy, podczas których rozwija się zapach, nie robią bardziej pozytywnego wrażenia. Owszem, wraz z upływem czasu „My scent” staje się nieco bardziej kremowy i łagodniejszy w charakterze, ale nie sprawia to bynajmniej, że przobraża się w zapach elegancki, z klasą czy chociażby charakterystyczny. Przypomina raczej niskopółkowe pachnidła z popularnych drogerii.

Tym co dominuje i określa ten kwiatowo-nudny twór jest syntetyczność. Nie sposób jednak postrzegać jej  jako artystyczne przetworzenie naturalnych zapachów, jak to ma miejsce choćby w „Hypnotic Poison” Diora, ale jako brak pomysłu i niezamierzoną usterkę.

Z trudnością przychodzi nawet określenie odbiorcy do jakiego te perfumy miałyby być kierowane. Nie można określić tego zapachu jako dziewczęcy, bo jest ostry i duszący, nie jest również odpowiedni dla kobiet dojrzałych, bo brakuje mu elegancji i indywidualnego charakteru.

Podsumowując, kompozycja  moim zdecydowanie nieudana, wtórna i pozbawiona uroku.

Nuty: bez, nuty kwiatowe, heliotrop, drewno kaszmirowe, białe piżmo, gruszka, róża.

 

 

 

Gotycki jaśmin – Bvlgari „Jasmin Noir”



Bvlgari „Jasmin Noir”


Przy otwarciu zaskakuje cierpkością, zielonymi nutami i jest dość nijaki. Później dopiero przeobraża się w balsamiczną świetlistość, prawdziwy narkotyczny trans. Nowoczesna (perfumy z 2008 roku), luksusowa słodycz, która ani przez chwilę nie wkracza w banał i emanuje oleistą słodyczą jaśminu w nieco syntetycznym, ale tym bardziej interesującym wydaniu. To kiście jaśminu majaczące gdzieś widmowo w półmroku wiktoriańskich komnat jak blade płomyki świec.

Swoją krystaliczną, chłodną słodyczą „Jasmin Noir” przywodzi na myśl egzotyczne białe kwiaty zamrożone w kostce lodu. Z kolei gardenia, przypominająca tę z „Hypnose” Lancome, nadaje transowego, wibrującego charakteru.

Tytułową czerń należy chyba interpretować jako sugestię oryginalności, niecodzienności (wszak czarny jaśmin to nie to samo co zwykły, biały) i pewnej powagi jaką niewątpliwie ma w sobie ten zapach. To nie jest kompozycja figlarna i dziewczęca, nie wiosenna promienność (choć takie skojarzenie jaśmin może wywoływać) gra tu pierwsze skrzypce, ale pełnia lata,  rozkwitłe kiście kwiatów na granicy dojrzałości i przekwitania, zanurzone w pulsującym przedburzowym powietrzu.

Bardzo ciekawy zapach, głównie na wieczór, duże wyjścia, gdyż na codzień może być postrzegany jako zbyt intensywny.

Niestety, po godzinie noszenia, jego woń na nadgarstku mocno się rozmywa i ulatuje, trwałość nie jest więc jedną z niewątpliwie licznych zalet „Jasmin Noir”.

Nuty zapachowe: jaśmin wielkolistny, migdał, gardenia, lukrecja, fasolka tonka, wyszukane drewna, ambra, piżmo, paczula, nuty zielone.

Zielono-fiołkowe opary – Balenciaga l`essence

Balenciaga „L`Essence”

„Są aromaty świeże jak ciała dziecinne,
Dźwięczne i niby łąki – zielone; są inne,
Bogate i zepsute, silne, tryumfalne”

 

Tak pisał Charles Baudelaire w wierszu „Oddźwięki”. Wydane w 2011 roku perfumy Balenciaga
należą niewątpliwie do pierwszej z wspomnianych przez niego kategorii.
Pierwsze nuty są zapachem iglastego leśnego poszycia, kwaśnej, surowej próchnicy borów mieszanych, chłodne i orzeźwiające jak źródełko, które wybiło gdzieś w środku lasu. Sprawcą tej woni jest zapewne obecny w składzie tych perfum cedr.
Później zapach ewoluuje w stronę wilgotnej, wiosennej, ukwieconej łąki. Uaktywnia się tufiołek, zapach staje się słodkawy, ale nie słodki, a iglasta nuta wciąż przebija ostrzejszym akordem. W ostatniej fazie „L`Essence” jest jednocześnie balsamiczny aromatem łąkowych roślin miododajnych i
zielony, ale nie zielonością soków, łodyg i liści, a cedrowych igieł i majaczących w tle liści fiołka.
Bardzo ciekawa jest użyta tu koncepcja przenikania się mglistych nut słodkich i jakby męskich iglastych i to ona właśnie stanowi o oryginalności tego zapachu.
Podsumowując, „L`Essence” to ciekawa propozycja na dzień, dla osób szukających zapachu, który wyróżni się spośród typowo kwiatowych i typowo zielonych woni, ale nie gotowych na eksperymenty z zupełnie ekscentrycznymi i niekomercyjnymi perfumami.
Doadtkową mocną stroną tworu Balenciagi jest ich bardzo dobra trwałość i delikatna, ale wyczuwalna projekcja.

 Nuty: liść fiołka, fiołek, wetyweria,  nuty zielone, cedr, drzewo sandałowe, paczula.

Demon okiełznany – Givenchy „Ange ou Demon”

Givenchy „Ange ou Demon” 

Nazwa „anioł lub demon” sugeruje dwoistość natury tych perfum, a design i kolorystyka utrzymanego w przejrzysto grafitowej barwie flakonu przekonuje, że bliżej im do diabelskości.

Spodziewawszy się w związku z powyższym czegoś groźnego i drapieżnego, początek mnie rozczarował, bo okazał się być głównie waniliową słodyczą.

Dopiero po jakiejś półgodzinie noszenia tych perfum, gdzieś w tle zamajaczyły także ziemiste, bardziej posępne nuty jak wybrzmiewające w powietrzu ponurą melodią chorały gregoriańskie. 

„Ange ou Demon ” kojarzy się z ciemnymi jesienno-zimowymi nocami, kiedy „kołyszą się w gałęziach grudnie i listopady” , jak pisał w swoim wierszu Broniewski.

Jest też w tle drzewno-butwiejący akord,  coś jakby wnętrza starego drewnianego kościoła w pochmurny dzień i dużo woskowego zapachu dopalających się świec.

Demon z nazwy tych perfum to raczej „demony” w sensie psychologicznym, czyli nie nadprzyrodzone, groźne istoty, ale gnębiące, depresyjne myśli, bo zapach ma w sobie niewątpliwy smutek. 

Jednak w tych przepastnych ciemnościach pojawia się promyk nadziei; wśród zimnej nocy błyska gdzieś światełko bezpieczeństwa i schronienia w postaci ciepłych korzennych akordów, a melancholijność perfum została złagodzona kremową łagodnością wanilii i lilii oraz soczystą nutą mandarynki. 

Mimo, że wraz z upływem czasu ich słodycz  mocno się tonuje, „Ange ou Demon” mogą być odbierane jako perfumy męczące i ciężkie. Eleganckie, poważne, zrównoważone, dojrzałe i nieco depresyjne , ale z pewnością ciekawe i warte zapamiętania.

Nuty: wanilia, szafran, lilia, fasolka tonka, tymianek, ylang-ylang, orchidea, brazylijskie drzewo różane, mech dębowy, mandarynka.

Candy Crush – „Valentina Assoluto”

Valentino „Valentina Assoluto”


W zasadzie od pierwszego akordu zapach jest słodki, ale elegancką, niebanalną słodyczą. Aksamitny jak welwetowa rękawiczka albo głaszcząca kocia łapka. Kojący i balsamiczny.

Po kilkunastu minutach na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się trufla biała, czyli najszlachetniejszy gatunek tych grzybów. Jest to zapach pralinowo-orzechowy, rumowy, spokojny, dojrzały. Słodkawy, ale nie przesłodzony. Stylowy, a jednocześnie nowoczesny, określiłabym go jako współczesną (wydany w 2012 roku) wariację na temat klimatu retro. Coś jak nowoczesny dramat kostiumowy, gdzie scenografia i stroje wprawdzie są z epoki, ale już uroda aktorów dostosowana do estetyki obecnej.

Przyznam, że na początku nieco drażniła mnie ta truflowa nuta, bardzo gęsta i specyficzna, chociaż wiedziałam, że to właśnie ona tworzy charakter tych perfum i jest tu niezbędna. Potem jednak została nieco przygłuszona przez pudrowy pył, wanilię i tuberozę, przez co stała się bardziej strawna.

Należy jednak ponarzekać nieco na trwałość i projekcję tych perfum, są raczej bliskoskórne i dość szybko ulatniają się.

Nuty : trufla, madagaskarska wanilia, tuberoza, paczula, brzoskwinia, włoski jaśmin, mech dębowy, cedr, bergamotka. 

 

Jaśminowo-mimozowe gąszcze, czyli Givenchy „Amarige”

Givenchy „Amarige”



Mimo użytych w tej kompozycji licznych nut zapachowych, od początku do końca króluje głównie żółta mimoza. Zapach tych pochodzących z Australii kwiatów jest gęsty, miodny i tropikalny. Obecne są również bardzo wyraźnie akacja i jaśmin, takie wprost z parnej czerwcowej nocy. Te perfumy to jak zanurzenie się w ekstatycznym morzu upojnych kiści białych i żółtych kwiatów. Jest emocjonalnie a jednocześnie beztrosko.

To typowy dla lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (wydany w 1991) bogaty bukiet zapachowy, bez wielkich subtelności, za to z ogromna siłą projekcji. Nic nie zakłóca słodkiej kwiatowości w miodowym wymiarze – giną gdzieś w niebycie wymienione wsród składu nuty drzewne – brazylijskie drzewo różane, sandałowe i cedr.

„Amarige” przypomina w tym nieco „Poem” Lancome, ale jest oryginalniejszy i bardziej charakterny. 

Przez to, że nie ewoluuje, jest linearny, od początku do końca bez żadnych meandrów i szufladek, może być postrzegany jako mało wyrafinowany, ale nie można odmówić mu kuszenia i kokieterii. To woń kobieca, nie dziewczęca, odpowiednia dla tych pań, które nie wstydzą się odważnej, uwodzicielskiej zmysłowości. „Amarige” idealne będą na wieczór, nocne wyjście czy randkę, zwłaszcza gdy chcemy kogoś olśnić i schwytać w sieci swych kobiecych powabów. Dodatkowo, jest bardzo trwały, powiewy zapachu czuć przy każdym ruchu ciała przez wiele godzin po aplikacji. 

Nuty: tuberoza, mimoza, gardenia, ylang-ylang, kwiat pomarańczy, jaśmin, akacja, drzewo sandałowe, brzoskwinia, goździk, śliwka, neroli, wanilia, ambra, nuty drzewne, czerwone jagody, brazylijskie drzewo różane, fasolka tonka, czarna porzeczka, piżmo, orchidea, mandarynka, cedr, liść czarnej porzeczki, róża, fiołek. 

Welcome to my nightmare – „Funeral home” Demeter

Demeter „Funeral home”



Nuty: lilia, goździk, chryzantema, trawa, mieczyk, mahoń, nuty orientalne.


Nie da się ukryć, że już sama nazwa produktu firmy Demeter, „dom pogrzebowy”, kusi by się z nimi zapoznać, chociażby jako z perfumiarskim kuriozum.

Spodziewałam się po tym zapachu posępnego gotyku, ale w formie raczej niedosłownej, z nutą romantycznego piękna jaką może nieść  śmierć młodych i pięknych. Czegoś w rodzaju „Ofelii” Johna Everetta Millais :

czy wiktoriańskich cmentarzy-parków,

w ostateczności sterylnej chemii, która to właśnie kojarzy mi się z procedurami domów pogrzebowych, takimi jak konserwowanie czy balsamowanie.

Dostałam natomiast zapach rozkładu i śmierci, zbutwiałych ubrań, które po pogrzebie krewni wyrzucają z szaf zmarłej staruszki, gnijącego w ziemi drewna trumny, ekshumacji, gdzie wyciągane z ziemi ciała wyglądają „jak kotlety obtoczone w bułce” według słów Mirona Białoszewskiego. To nie był romantyczny pogrzeb młodej damy przy świetle księżyca, jak z dziwiętnastowiecznych obrazów, tylko śmierć całkowicie materialna i cielesna, gnicie ciała, złowrogość przemijania czekająca za każdym rogiem. To pokryte rdzą i kurzem wnętrza z japońskich gier, survival horrorów typu Forbidden Siren, pełne starych fotografii ludzi, którzy dawno umarli, rozpadających się sprzętów, ogólnego uwiądu i zapomnienia.

Jest to o tyle zaskakujące, że żadna z nut zapachowych, no może oprócz tradycyjnie kojarzącej się z cmentarzem chryzantemy, nie wskazywała na taki efekt. Dziwne, że mieszanka kwiatów i drewna dała tak wstrząsające wrażenie.

Przyznam, że testowanie tego zapachu było traumą jakich mało. Po prostu wżarł się w nadgarstek mimo wielokrotnego szorowania wodą i mydłem. Już obawiałam się, że zostanie ze mną na zawsze, niczym jakiś demon z horroru 🙂 Szczęśliwie, zapach ten najbardziej straszliwy jest na początku, po kilkunastu minutach koszmarnego „memento mori” kiedy po prostu dusi swoimi trującymi trupimi wyziewami przeobraża się w woń cmentarza w wydaniu plastikowych nagrobnych kwiatów.

Jego wysokość słoń – Kenzo ” Jungle L`Elephant”

Kenzo „Jungle L`Elephant”


Nuty: goździk, kardamon, wanilia, kminek, lukrecja, kmin, mango, ambra, ylang-ylang, paczula, mandarynka, heliotrop, gardenia. 

Okropny filmik reklamowy, który w zamierzeniu miał zdaje się łączyć pierwotność słonia z nowoczesnością w postaci wręcz futurystycznego image`u modelki. Wyszło tandetnie i plastikowo, może zniechęcić.

https://www.youtube.com/watch?v=TVRNaoVtQJE

Przede wszystkim ten zapach to prawdziwy kameleon. W każdej fazie jest inny i bardzo ciekawie śledzi się te metamorfozy.

Dżungli, wymienionej w nazwie jest tu niewiele, jeśli rozumieć ją jako gąszcz egzotycznych plączy zanurzonych w wilgotnym równikowym powietrzu. Są to raczej suche sawanny porośnięte baobabami i nomen omen trawą słoniową.

Bezpośrednio po aplikacji jest balsamiczny i utrzymany nieco w stylistyce „Poison” Diora. Potem znienacka stery przejmuje goździk i zapach z aromatycznego miodnego syropu przeobraża się nagle w ostrą i dość nieprzyjemną w odbiorze woń.

Po jakiejś półgodzinie znów łagodnieje i zmienia się w  miodowo-kardamonowo-waniliową gęstość z dodatkiem heliotropu. I te właśnie ciepłe, kojące, zmatowione nuty pozostają aż do końca.

L`elephant stanowi dobrą propozycję dla kogoś kto nie lubi popularnych kwiatowych czy owocowych zapachów, a typowo orientalne i drzewne ocenia z kolei jako zbyt wytrawne i pozbawione romantycznej nuty. To perfumy dla tych, którzy poszukują aromatu oryginalnego i z unikalnym charakterem, ale nie chcą wchodzić w ekscentryczny świat perfum niszowych. Trwałość i projekcja tych perfum są już legendarne i stanowią dodatkowy czynnik skłaniający do zakupu.

Dla mnie to perfumowy numer trzy po „Hypnotic poison” i „Poison” Diora – „Jungle L`Elephant” to perfumy przemyślane i nietuzinkowe, ale brakuje mu trochę tej magii jaką emanują „trucizny”.

kryształ bez blasku – „Bright Crystal” Versace


Versace „Bright Crystal”


Nuty: piwonia, yuzu, granat, lotos, nuty wodne, magnolia, piżmo, mahoń, ambra.



Nic specjalnego. Róż butelki mylący, bo to bardziej cytrusowe niż kwiatowe pachnidełko. W pierwszej fazie niepodzielnie dominuje tajemnicze (ale tylko z nazwy) yuzu, czyli pochodzący z Chin krzew o owocach o cierpkim zapachu.

Owo egoztyczne yuzu, przynajmniej jak na mój niewyrobiony być może nos, pachnie prawie zupełnie jak cytryna czy grejpfrut. W tej fazie „Bright crystal” przypomina „Aqua Allegoria Pamplelune” Guerlain, no może jest mniej kwaśne.

Potem pojawiają się bardzo typowe nuty piwonii i magnolii i tak już pozostaje do końca.

Mało charakterystyczna kompozycja, zdecydowanie na dzień, bez charyzmy, ale jeśli już ktoś uparłby się żeby ją mieć to tylko ze względu na lekkość i nieinwazyjność zapachu. Bardzo słaba trwałość, ledwie wyczuwalne już w godzinę po aplikacji.