Aksamitny wymiar ciemnej róży – Jo Malone „Velvet Rose & Oud”

 

Jo Malone „Velvet Rose & Oud”

„Velvet Rose & Oud” jest zapachem, którego epicentrum stanowi gęsta, konfiturowa róża, oud natomiast dodany został jedynie w aptecznych ilościach i jest niemal niewyczuwalny jako oddzielna nuta, pogłębia tylko i przyciemnia odcień tych perfum.

Deklarowany skład tej kompozycji zawiera niezbyt wiele zapachowych akordów – róża damasceńska, agar czyli oud, pralina i goździki. I to właśnie zbyt wyraźna obecność tych ostatnich psuje mi odbiór „Velvet Rose & Oud”, wbijają się bowiem one ostrymi, przyprawowymi nutami w ciemno-aksamitną różaność, co tworzy drażniący dysonans jakby ktoś wśród miękkich altowych tonów zaczął skrobać nożem po szkle.

Jeżeli ktoś jest mniej wrażliwy na obecność goździków w perfumach czy wręcz lubi tę nutę, a jednocześnie gustuje w przedstawieniu tytułowego kwiatu w cięższej i dojrzalszej odsłonie, ten zapewne znajdzie wiele przyjemności w obcowaniu z ciemnopurpurową i na wpół ukrytą za aksamitną kotarą słodką różą z tej kompozycji.

 

Nuty: róża damasceńska, agar (oud), pralina, goździki

 

Kokosowe wyciszenie na rajskiej plaży – Comptoir Sud Pacifique „Coco Extreme”

Comptoir Sud Pacifique „Coco Extreme”

„Coco Extreme” francuskiej marki Comptoir Sud Pacifique to jeden z najbardziej udanych kokosowych zapachów – znacznie ciekawszy od popularnego, pełnego mydlanych tonów „Crystal Noir” Versace i ciut lepszy od Montalowskiego „Intense Tiare”.

„Coco Extreme” należy do wydanej przez markę linii Eaux de Voyage, czyli „Wód podróżnych” nawiązujących w założeniu do wypraw po najdalszych zakątkach świata. Rzeczywiście, perfumy te, mające w składzie kokos, migdały, wanilię i mleko, swoim klimatem przenoszą nas na karaibskie plaże.

Pierwsze co uderza po aplikacji, to głęboko kremowa struktura zapachu i fakt, że mimo, że dość kosmetyczny, ani przez chwilę nie wybrzmiewa sztucznie. W początkowej fazie dominuje woń słodkiego kokosowego mleczka, później dołączają lekko drzewne akordy łupiny orzecha. Perfumy płyną łagodną, mleczno-maślaną strugą, chwilami tylko przerywaną tonami w stylu likieru Malibu i świeżą wonią kokosowego miąższu.

„Coco Extreme”układa się na skórze miękko i tropikalnie, jest idealny na urlop lub po prostu wizję egzotycznej plaży z sączoną na leżaku pina coladą. Wycisza, koi waniliowo-kokosowym ciepłem i relaksuje wakacyjnym nastrojem.

Nuty: kokos, mleko, kwiat wanilii, migdały, cukier, fasolka tonka.

 

Tenisowy pojedynek po Drugiej Stronie Lustra – Imaginary Authors „The Soft Lawn”

 

Imaginary Authors „The Soft Lawn”

 

„The Soft Lawn” niszowej marki Imaginary Authors to zapach trawy i siana. Trawy ostrej, takiej której źdźbła potrafią ciąć skórę jak  brzytwa. Jest w tych perfumach cień i jakaś gumowata ekscentryczność, zapewne wymieniony w składzie zapach piłki tenisowej. Atmosferą „The Soft Lawn” przywodzi mi na myśl teledysk Pink Floyd „High Hopes” – ten sam nostalgiczno -surrealistyczny zamysł – dziwnie, lekko niepokojąco, to drażniąco, to znów błogo. Dużo intensywnej zieloności gryzącej raczej, niż łagodnie kołysanej wiatrem, czasem przemyka też zapach świeżej farby.

„The Soft Lawn” to zapach oniryczny, wprost z krainy na granicy jawy i snu, niczym śniadanie na trawie w cieniu gigantycznej piłki tenisowej wśród bluszczowego chłodu.

Ciekawe perfumy, może niekoniecznie do noszenia, ale do poznania z pewnością tak.

Nuty: piłka tenisowa, kwiat lipy, wetyweria, bluszcz, mech dębowy, wawrzyn

Konwaliowa broszka w stylu art nouveau – Dior „Diorissimo”

 

Dior „Diorissimo”

 

„Diorissimo” to zapach, który ukazał się pierwotnie na rynku w 1956 roku. Mimo, że oczywiście są w nim obecne pewne tony vintage, nie czyni to bynajmniej z tych perfum nieodpowiadającej współczesnym gustom zakurzonej ramoty. Wręcz przeciwnie – czas obszedł się z kompozycją marki Dior łagodnie i niedzisiejsza perfumowa estetyka, w której zostały stworzone nadaje im uroku konwaliowej broszki w stylu art nouveau.

Osią „Diorissimo” jest konwalia, lilia i obfita ilości zielonych nut, a wszystko to zostało otoczone szklistym woalem zimnej wody. Od czasu do czasu z pod tej tafli wynurzają się również echa bzu; tak samo zielone i zimne jak reszta kompozycji. Oprócz wyraźnie dominujących wyżej wymienionych akordów, pojawia się też kilka niemal niespotykanych w perfumach składników jak zwartnica (zwana potocznie amarylisem) i boronia, czyli różowo kwitnący australijski krzew.

„Diorissimo” można nazwać zapachem chłodnej wiosny – to przejrzyste, z lekka niedzisiejsze pachnidło, otoczone nostalgicznym nimbem. Mimo swej delikatnej struktury jest to zapach bardzo trwały i wyraźnie wyczuwalny przy każdym ruchu ciała.

Nuty: konwalia, bez, zielone liście, jaśmin, lilia, ylang-ylang, cywet, drzewo sandałowe, zwartnica, bergamotka, rozmaryn

 

Równikowa plaża i delikatny agar – Montale „Tropical Wood”

 

Montale „Tropical Wood”

Będąc ostatnio nad Bałtykiem miałam okazję przypomnieć sobie zapach osiadłych na piasku kawałków drewna i stwierdzam, że „Tropical Wood” mogłoby się również nazywać „Driftwood”. Oud, zwłaszcza na początku, układa się tu w sposób, który tworzy lekko algowe akordy, przypominające zapach drewna wyrzuconego przez morze na brzeg po sztormowej nocy.

„Tropical Wood” to zapach spokojny – fale już opadły i została sucha, gładka powierzchnia oszlifowanego wodą, wyzłoconego promieniami słońca drzewa.

Z czasem odkrywamy, że plaża, na którą zostało ono wyrzucone to równikowe tropiki ociekające słodyczą marakui i ananasa,  jest w tych perfumach bowiem wyraźna owocowa nuta. Mimo obecności dojrzałych egzotycznych owoców nie jest tu wcale nadmiernie słodko – nuty skóry i wytrawny, jakby morski oud równoważą nektarowe zapędy.

„Tropical Wood” może być dobrą propozycją dla tych zaczynających swoją przygodę z oudem, czyli agarem – żywicą pochodzącą z drzew z rodzaju Aquilaria. W tych perfumach jest on delikatny, nieinwazyjny, pachnący suchym drewnem i może być dobrym wstępem do stopniowego odkrywania trudniejszego oblicza tej zapachowej nuty.

Nuty: agar (oud), marakuja, róża bułgarska, ananas, skóra, białe piżmo, fiołek, madagaskarska wanilia, bergamotka.

Jaśmin zanurzony w melancholii – Bvlgari „Jasmin Noir”



Bvlgari „Jasmin Noir”

Przy otwarciu zaskakuje cierpkością, zielonymi nutami i wydaje się dość nijaki. Później dopiero przeobraża się w balsamiczną świetlistość i prawdziwie narkotyczny jaśminowo-migdałowy trans. Mimo, że jest to kompozycja popularna i należąca do tak zwanego mainstreamu,  ani przez chwilę nie wkracza w banał.  Zgodnie z nazwą, perfumy te naznaczone są jakimś ciemnym piętnem niczym kiście jaśminu majaczące widmowo w półmroku jak blade płomyki świec. Tytułową czerń należy chyba interpretować jako sugestię oryginalności, niecodzienności (wszak czarny jaśmin to nie to samo co zwykły, biały) i pewnej powagi jaką niewątpliwie ma w sobie ten zapach. To nie jest kompozycja figlarna i dziewczęca, nie wiosenna promienność gra tu pierwsze skrzypce, (choć takie skojarzenie połączenie jaśminu z gardenią może wywoływać) ale pełnia lata – kiście kwiatów na granicy i przekwitania, zanurzone w pulsującym przedburzowym powietrzu.

Niestety, już po godzinie noszenia, jego woń na nadgarstku mocno się rozmywa i ulatuje, trwałość nie jest więc jedną z niewątpliwie licznych zalet „Jasmin Noir”.

Nuty zapachowe: jaśmin wielkolistny, migdał, gardenia, lukrecja, fasolka tonka, wyszukane drewna, ambra, piżmo, paczula, nuty zielone.

Truskawkowy koktajl w najlepszym wydaniu – Valentino „Valentina Pink „

 

 

Valentino Valentina Pink

Cała seria zapachów „Valentina” to ciekawe, eleganckie, ani nie w stu procentach formalne, ani zupełnie casualowe kompozycje. Przyrównując je do świata mody,  będzie to raczej  sukienka w romantycznym stylu, niż oficjalna garsonka lub T-shirt i jeansy.

Truskawka w perfumach jest nutą dość trudną, zwłaszcza jeśli ma pełnić dominującą i definiującą zapach rolę. Często występuje w plastikowo – syntetycznym i krzykliwej, albo schowanej za inne nuty, ledwo zauważalnej postaci. Owoc ten w Valentinie Pink jest jednak przedstawiony po mistrzowsku, co nie znaczy, wcale, że zupełnie tożsamy z realistyczną truskawką prosto z krzaka. Jest to raczej owoc miodowy i deserowy, z echami podanej w wyciszonej zamszowości róży. Perfumy te są wprawdzie dzięki duetowi truskawki i praliny dość słodkie,  ale ich słodycz jest w specyficzny sposób świeża i orzeźwiająca. Nie przytłacza, mimo, że nuta nektarowych, miodnych trukawek jest gęsta i głęboka.

Jakkolwiek  róż jako kolor nie jest zwykle kojarzony z elegancją i dobrym smakiem, to ten z „Valentiny Pink” jest w jak najlepszym guście, między innymi dzięki wysubtelniającym aksamitnym tonom i naturalnemu ujęciu. Tak mógłby pachnieć truskawkowy sorbet podany na srebrnej zastawie pod bukietem z róż i peonii. Rozsnute w tych  perfumach akordy tworzą całkiem elegancką, a jednocześnie radosną i dziewczęcą całość. „Valentina Pink” spodoba się poszukiwaczkom perfum wiosennych i letnich w charakterze, ale jednocześnie nieco cięższych niż zwykle proponowane na ten sezon wodne zieloności i przejrzyste kwiaty. Trwałość bez zarzutu.

 

Nuty: truskawka, jeżyna, róża majowa, pralina, piżmo, piwonia, bursztyn, drzewo kaszmirowe.

Pogrzebane żelazo, żrące kadzidło i gadzi pot – Zoologist „Tyrannosaurus Rex”

 

Zoologist „Tyrannosaurus Rex” 

„Tyrannosaurus Rex” marki Zoologist to mieszkaniec najdalszych kręgów niszowych światów, a fakt ten staje się oczywisty już po pojedynczym psiknięciu. Zapach, nawet jeśli aplikowany został w minimalnej ilości,  rozpoczyna się  uderzeniem mocarnym jak ucisk gadzich szczęk – mieszanką czegoś co pachnie zaschniętą krwią, zardzewiałym żelazem i surową skórą.

W „Tyrannosaurus Rex” dużą rolę grają nuty animalne, zwłaszcza wyrazisty cywet. Trudne same w sobie, dodatkowo są one osnute na  żrącym jak kwas kadzidle i zaśniedziałym akordzie metalu, który długo leżał w ziemi. Straszliwa moc i trwałość tych perfum, dziwaczne toksyczno-gryzące nozdrza kombinacje sprawiają, że nie jestem w stanie zbliżyć twarzy do nadgarstka na bliżej niż 20 cm bez poczucia, że zapach przeżera mi nozdrza. Gdyby w czasach dinozaurów istniała bomba atomowa, to tak właśnie pachniałyby prawdopodobnie truchła kopalnych gadów dogasające w radioaktywnej chmurze po wybuchu.

Perfumy wyłącznie dla wielbicieli mocnych wrażeń i zapachowych eksperymentów.

Nuty: olibanumcywet, skóra, żywice, olej jałowcowy, jodła, magnolia champaka, czarny pieprz, liść laurowy, geranium, róża, paczula, ylang-ylang, gałka muszkatołowa, osmantus, drzewo sandałowe, wanilia, jaśmin, neroli, bergamotka.

Kwiatowe piżmo na ziarnach kawy – Cacharel „Noa”

 

Cacharel „Noa”

 

Noa, które na rynku pojawiły się w 1998 roku, to perfumy trudno definiowalne. Z jednej strony należą do konwencjonalnego, mainstreamowego nurtu, a z drugiej są bardzo unikalne w wyrazie i w ciekawy sposób zbudowane na przeciwieństwach i kontrastach.

Noa jest jednocześnie pełna ostrej, wręcz przeszywającej świeżości jak i wypełniona kremową, gładką materią. Bywa na przemian lodowo mroźna by za chwilę przeobrazić się w ciepłe i waniliowo gładkie zjawisko.

Ciekawym elementem jest nuta kawy – gorzkawe, niezmielone ziarna wprzęgnięte pomiędzy kwiatowo-piżmowe przestrzenie. Dryfując między ostrym a jednocześnie miękkim piżmie i kwiatowych gładkościach tworzy akcent, który mocno wyróżnia te perfumy wśród innych kwiatowych woni.

Wbrew wrażeniu jakie może nasuwać eteryczny, przypominający bańkę mydlaną flakon, Noa, przy całej swojej przejrzystości i świeżości nie jest bynajmniej zapachem lekkim ani uniwersalnym. Piwonia i kawa odcinają się dość ostro z ogólnej kremowej struktury i mogą być postrzegane przez jednych jako drażniący, a przez innych jako piękny i unikalny akord.

 

Nuty: białe piżmo, piwonia, kawa, lilia, frezja, konwalia, drzewo sandałowe, wanilia, kolendra, jaśmin, nuty zielone, zielona trawa, ylang-ylang, kadzidło, fasolka tonka, brzoskwinia, cedr, śliwka, róża.

Złociste ciepło mirry i bursztynu – Serge Lutens „Ambre Sultan”

Serge Lutens „Ambre Sultan”

Ambre Sultan określiłabym jako perfumy miodowo-korzenne. Są gęste, ciepłe, przydymione i żywiczne.

Nuta bursztynu jest tu mocno osłodzona mirrą, a jednocześnie chropowata szorstkim drewnianym akordem. Wanilia nadaje momentami podobieństwo do woni imbirowych czy cynamonowych ciasteczek, ale wrażenie to pojawia się by po chwili znów zniknąć zasnute balsamicznym dymem.

Ci, którzy znają dobrze perfumy tej marki, z łatwością dostrzegą w Ambre Sultan typową Lutensowską duszę. Odnajdziemy tu złociste ciepło, trochę suchych drzewnych nut i rozgrzewające przyprawy ze sklepu kolonialnego, które znamy już choćby z Feminite du Bois, Chergui czy La Couche du Diable.

Mimo, że zapach jest wyraźnie korzenny, składniki rodem z kuchni : liść laurowy, oregano czy kolendra, nie są tu na szczęście indywidualnymi zapachowymi bytami, lecz wrzucone zostały do wrzącego kotła pełnego żywic, balsamów i miodowego bursztynu.

Jak na niszę jest to dzieło przystępne, niezbyt trudne do noszenia, pod względem kontrowersyjności w kategorii przyprawowej bije go na głowę chociażby, mainstreamowy przecież, Jungle L`Elephant Kenzo.

Mimo nazwy, Ambre Sultan wcale nie kojarzy mi się orientalnie. To raczej europejska jesień – rozgrzane wrześniowym słońcem, ociekające słodkawą żywicą drewno i powrót przez osnutą babim latem łąkę do domu, gdzie na stole czekają korzenne pierniczki.

Nuty: żywice, bursztyn, liść laurowy, mirra, drzewo sandałowe, benzoes, kolendra, wanilia, oregano, paczula, dzięgiel, mirt.