Fiołkowa eksplozja z pachnącym gorszkiem i makaronikami – Issey Miyake „Pleats Please EDP 2013”

 

Issey Miyake „Pleats Please EDP”

 

Kto po „Pleats Please” w wersji wody perfumowanej z 2013 roku spodziewa się lekkiego kwiatowego pachnidełka, tego czeka zaskoczenie. To perfumy, które swą fiołkową mocą dorównują niemal Insolence Guerlain w wersji EDP, a jednocześnie jest w nich również najwierniej chyba oddana nuta pachnącego groszku, zdecydowanie prawdziwsza niż przyćmiony pigwą groszek z „My Burberry”. Jest również i ciasteczko makaronik, nieco ciężkawe od pudrowej słodyczy.

„Pleats Please” to bukiet dojrzałych, szaleńczo pachnących kwiatów, wpadających momentami w prawie landrynkowe tony. Jest bardzo intensywnie, odważnie, a nawet inwazyjnie. Nie dla miłośników delikatnych, zwiewnych woni.

Mimo całej oszałamiającej, słodkiej kwiecistości, pudrowych makaroników i wanilii, jest też w tych perfumach ukryta głęboko, równoważąca je lekko cierpkawa nuta. Wybrzmiewa ona trochę jak esencjonalny sok z czarnej porzeczki – słodki, ale i orzeźwiający.

Cała ta pulsująca fiołkowa feria niestety jednak kończy się źle – po kilku godzinach na skórze „Pleats Please” osiada syntetycznie kwiatowym proszkiem do prania.

Nuty: fiołek, ciastko makaronik, groszek pachnący, paczula, wanilia, piwonia.

Orchidea zatopiona w rumie – Tom Ford „Velvet Orchid”

Tom Ford „Velvet Orchid”

„Velvet Orchid” to bez wątpienia perfumy gęste, esencjonalne, przesycone rumem, mirrą i miodem. Aksamitne, jak sama nazwa wskazuje, niemniej jednak wyraźna alkoholowa nuta wprowadza między te miękkie, welwetowe zwoje drapiący, szorstki akord. „Velvet Orchid” to kompozycja bogata i wieloskładnikowa ale równocześnie zapach statyczny. Nie uświadczymy w nim zaskakujących metamorfoz – od początku do końca króluje syropowy rum i zatopione w nim miodowe kwiaty – czarna orchidea, heliotrop, jaśmin, narcyz, kwiat pomarańczy. To właśnie to przeszycie aksamitnych słodkich głębin wysokoprocentowym, szorstkim szydłem stanowi najciekawszy element kompozycji. Bez niego perfumy te byłyby tylko jednym z przyjemnych, ale łatwych do zapomnienia, kwiatowo-orientalnych zapachów.

Markę Tom Ford zaliczyłabym do tych balansujących na granicy niszy i mainstreamu, a „Velvet Orchid” jest zdecydowanie propozycją przystępną i z łatwością mogącą wpisać się w szeroki zakres perfumowych gustów.

Nuty: rum, czarna orchidea, miód, wanilia, mirra, zamsz, drzewo sandałowe, balsam peruwiański, jaśmin, heliotrop, hiacynt, labdanum, olejek różany, magnolia, narcyz, kwiat pomarańczy, mandarynka, bergamotka.

Klubowy wieczór z lukrecją i papryczką chili – Agent Provocateur „Agent Fatale Intense”

 

 

Agent Provocateur „Agent Fatale Intense”

Od pierwszego zetknięcia z „Agent Fatale Intense”staje się oczywiste, że jest to kompozycja nowoczesna, odważnie skrojona, utrzymana w imprezowym klimacie klubowego wieczoru. Rozpoczyna się lukrecją rodem z czarnych słodyczy zmieszaną z dużą dawką deserowej wanilii i owocowych tonów. Jest i pikantna, pylista nuta papryczki chili która wibruje wśród słodkich zapachowych warstw, a na dnie przebija gorzkawa nuta jakby męskiej wody kolońskiej.

Dosyć dziwny to zapach, chociaż mieszczący się zdecydowanie w mainstreamowych ramach. Sproszkowana papryczka wnosi szczypiące akcenty, kosmetyczna wanilia gładko opływa kompozycję, lukrecja w postaci czarnego, gumowatego cukierka wprowadza klimat wesołego miasteczka, kolorowych balonów i diabelskiego młyna, a całość równoważy wytrawny skórzany akord.

Po pewnym czasie „Agent Fatale Intense” wyzwala się nieco z waniliowo-słodkich objęć i pojawia się, mimo, że nie ma jej oficjalnie w składzie, lekko zatęchła paczulowa nuta. Jest ona jednak na tyle  nieinwazyjna i płynnie wtapiająca się w całość, że stanowi tylko intrygujący akcent i w żaden sposób nie zakłóca i nie szpeci całości. Dla wielbicieli słodkich zapachów z imprezowym flow.

Nuty: lukrecja, jeżyna popielica, papryczka chili, wanilia, skóra, bursztyn, magnolia champaka, róża, lotos

Sny o atramencie i piołunie – Amouage „Memoir”

 

Amouage „Memoir”

„Memoir” to chyba poza „Opus X” najciekawszy, (co nie znaczy, że najbardziej noszalny) z dotychczas przeze mnie poznanych perfum tej marki. To zapach zagadka – kreuje surrealistyczne światy gdzie zgrzyt kół zębatych zalewają atramentowe fale i piołunowa mgła, stawia pytania na które nie ma odpowiedzi, tworzy złożone pozornie z przypadkowych elementów sugestywne wizje.

„Memoir” pachnie dla mnie mieszaniną atramentu, winylu i lakierowanej skóry. Nad tym wszystkim unosi się jak duch ciemne kadzidło, dymne, nawet nieco gryzące w nozdrza. Dużo tu konotacji „technicznych” – zapachy lakieru, tektury, przemysłowych skór stworzone przez użyte w składzie kompozycje nut zwierzęcych, przypraw i ziół.

Zaskoczyło mnie, że ta atramentowa czerń wraz z upływem czasu wysładza się, spodziewałam się raczej, że będzie zmierzać w stronę suchą i gorzką. Również chłodnawy początkowo mrok łagodnieje i ociepla się – to goździki, kardamon i pieprz wzniecają rozgrzewające iskry.

Jeżeli „Memoir” ma być zgodnie z nazwą pamiętnikiem, to będzie to pamiętnik ekscentryka, który śni i pisze o kałamarzach, atramencie, kałamarnicach i wszystkim co przywodzi na myśl czarne i gęste ciecze.

Nuty: kadzidło, goździki, piołun, kardamon, skóra, nuty drzewne, francuskie labdanum, białe kwiaty, róża, kastoreum, pieprz, różowy pieprz, styraks, jaśmin, mech dębowy, piżmo, mandarynka.

 

Gładka opowieść o kremowym piżmie – Molinard „Habanita L`Esprit”

 

 

 

Molinard „Habanita L`Esprit”

„Habanita L`Esprit”, mniej znana siostra Habanity w czarnym flakonie, to perfumy składające się głównie z gładkiego, kosmetycznego piżma. Przypominają trochę przyjemnie pachnące kosmetyki do pielęgnacji – kremy, szampony czy olejki pod prysznic.

Zapach jest dość słodki, kosmetyczny, ale nie sztuczny. Gęsty, mięsisty, ale na żadnym etapie nie obciążający. Benzoesowa słodycz, delikatny dodatek labdanum i kremowe piżmo tworzą  kwiatowo-balsamiczny aromat, który na początku jest dość intensywny, ale wkrótce miękko osiada na skórze.

„Habanita L`Esprit” wyraźnie wchodzi w rejony zapachów typu krem nivea, gładkich, kosmetycznych i kojących. Może być sympatycznym zapachem codziennym, nie polecam jej jednak miłośnikom naturalnych kwiatów i owoców w perfumach. Tu całość jest przyjemna, ale zdecydowanie czuć, że tworzona w laboratorium.

Nuty: piżmo, francuskie labdanum, benzoes, heliotrop, gałka muszkatołowa, mimoza, paczula, cytryna, róża, jaśmin, wetyweria.

Zielona duszność dżungli – Mugler „Aura”

 

Mugler „Aura”

„Zamykasz drzwi za sobą i próbujesz przeniknąć ciemność tej przykrytej dachem uliczki – to jest patio, wyczuwasz węchem (..) wilgoć roślin, zgniłe korzenie, gęsty, usypiający zapach. (…) Dostrzegasz wysokie, rozgałęzione kształty rzucające cień na ściany i w świetle zapałki, która wkrótce przygasa, parzy ci palce i zmusza do zapalenia następnej, żebyś mógł dokończyć przeglądu kwiatów owoców i łodyg o nazwach zapamiętanych ze starych kronik (…)”

Powyższy cytat z wydanego w 1962 roku opowiadania pod tytułem „Aura” meksykańskiego pisarza Carlosa Fuentesa wydaje się niemal proroczy. Taki właśnie charakter mają perfumy marki Mugler.

Jest to zapach o gęstej, transowej konsystencji obciążonej dodatkowo wilgotnym, grząskim pudrem. Kompozycja ta to opowieść o słodkiej, dżunglowej duszności, w której gdzieś pomiędzy liściami tropikalnych roślin ukryte jest żądło gorzkiego akordu. Nuty zielone budują obraz bujnej roślinności, ale zanurzona jest ona w lepkiej, zwrotnikowej nocy i oparach ciężkiej wanilii.

Trudno mi sobie wyobrazić Aurę jako zapach dzienny, jest to zdecydowanie woń wieczorowa, nieoczywista i nieco ekscentryczna, mimo, że cały czas mieszcząca się w granicach mainstreamu. Nie dla zwolenników świeżych, lekkich aromatów – zapewne będą postrzegać ją jako zapach osaczający i przytłaczający.

„Aura” to perfumowy monolit – nie ewoluuje, nie rozwija się, lecz cały czas zawisa w powietrzu matową, gęstą, pudrową zasłoną. Mimo obecności w składzie rabarbaru, nie wyczuwam w tej kompozycji wielu kwaskowych czy cierpkich odcieni. Przypomina ona raczej dżunglę po zmroku – intrygującą, duszną i niebezpieczną.

Nuty: liść rabarbaru, wanilia bourbon, kwiat pomarańczy, nuty zielone, nuty drzewne, drzewo bursztynowe, ylang-ylang, drzewo sandałowe, bergamotka, kumaryna, gruszka.

Księżycowa paczula we wspomnieniu o róży – L`Artisan „Voleur de Roses”

 

(modelka : Kasia Goc)

L`Artisan „Voleur de Roses”

„Voleur de Roses” to jedna z kompozycji oparta, podobnie jak na przykład Perles de Lalique,  na kamforowej w wydźwięku paczuli. Perfumy marki L`Artisan sięgają jednak dużo głębiej w stylistykę niszową i dla nosa przyzwyczajonego do mainstreamowych tworów mogą wydawać się mocno  niekonwencjonalne.

Obraz jaki przywołuje ten zapach, to księżycowo chłodna paczula uwięziona w lekko zatęchłym, piwnicznym wnętrzu. Pojawia się tu sporo ziemistych akordów, ledwo otrząśnięte z piasku korzenie traw i zmrożona przymrozkiem dal wiejskiej drogi.

Za paczulową zasłoną kryje się jesienna śliwka, w której mimo całej jej słodkiej likierowości wyraźnie zaznacza się również specyficzna woń suszonego owocu.

Najdalej z całego, trzynutowego składu zepchniętym na margines uczestnikiem tej kompozycji jest róża. Wyraża ten zamysł już sama nazwa perfum, którą przetłumaczyć można z francuskiego jako „złodziej róż”. Po kwiecie tym została bowiem tylko blada smuga zapachu, raczej wspomnienie róży, jej delikatne echo zatopione w paczulowym ferworze niż rzeczywista woń.

„Voleur de Roses” jest już zapachem trudnym do kupienia, ale kiedy uda znaleźć się go gdzieś na internetowej aukcji, warto rozważyć poznanie tej jesiennej i nieco melancholijnej, choć jednocześnie wyrazistej w charakterze kompozycji.

Nuty: paczula, róża, śliwka.

Jeżyny w bitej śmietanie i mrok balowej sali – Salvatore Ferragamo „Signorina Misteriosa”

Salvatore Ferragamo „Signorina Misteriosa” 

„Signorina Misteriosa” to perfumy stanowiące dobrą propozycję na Sylwestrowe i karnawałowe zabawy. Wieczorowe, ale nie sztywno formalne, zmysłowe, lecz nie przekraczające nigdy granicy dobrego smaku.

W otwarciu rozkwita intensywny kwiat pomarańczy, słodki i miodowy, zmieszany z dojrzałą, ociekającą sokiem jeżyną. Na tym etapie perfumy te to klubowe światła, musujący w kieliszkach szampan i szalone muzyczne rytmy. Po jakimś czasie kompozycja wycisza się, chowa w miękkim mroku balowej sali i zanurza w aksamitnym obłoku bitej śmietany. Jest wtedy dużo łagodniej, ciszej, intymniej, ale nadal podskórnie pulsują żywiołowe owocowe soki.

„Signorina Misteriosa” wyróżnia się pozytywnie w kategorii mainstreamowych słodkich zapachów – jest wyrazista, odważna, z wyraźnym imprezowym i uwodzicielskim czarem złagodzonym nieco mgiełką bitej śmietany. Słodycz trzymana jest w ryzach przez delikatnie cierpki jeżynowy rys, neroli oraz paczulę, a tuberoza nadaje ciekawego metalicznego, nieco chropowatego tonu. Kompozycja godna polecenia wielbicielom konwencjonalnie skrojonych, nowoczesnych a jednocześnie niebanalnych woni.

Nuty: jeżyna, bita śmietana, mus z czarnej wanilii, paczula, tuberoza, neroli, kwiat pomarańczy.

Zimowa baśń o jałowcu – Penhaligon`s „Juniper Sling”

 

Penhaligon`s „Juniper Sling”

 

„Juniper Sling” to najwierniejsze odwzorowanie zapachu jałowcowych igieł na jakie trafiłam w mojej perfumowej podróży. Są to perfumy aromatyczne, leśne, podlane krystalicznie zimnym ginem. Ta przejrzysta, iglasta kompozycja doprawiona jest szczyptą czarnego pieprzu, który nieco rozgrzewa chłodne jałowcowe przestrzenie. Zapach ten ma raczej wytrawną naturę, chociaż z czasem wyłaniają się bardzo delikatnie słodkawe nuty obecnego w składzie białego cukru, bursztynu i pomarańczy, nie zmieniają jednak one jego charakteru, a są jedynie płynnie stapiającym się z kompozycją akcentem.

Jeżeli przemawia do was wizja oszronionej szklanki ginu i gałęzi jałowca kołyszących się w zmrożonym zimowym powietrzu „Juniper Sling” z pewnością pomoże ten obraz przywołać i kontemplować. Wadą jest niestety bardzo delikatna projekcja i dość szybkie ulatnianie się zapachu ze skóry, dlatego też nie należy bać się użycia go w większych ilościach. Nawet obficie rozpylony, przy swoim szemrzącym przy skórze i nieinwazyjnym charakterze z pewnością nie będzie przykry dla otoczenia. Regularna cena tych perfum jest wprawdzie dość wysoka, ale udaje się czasem upolować testery w cenie poniżej 200zł. Tu oczywiście trzeba być ostrożnym i testery owe kupować tylko w sprawdzonych perfumeriach (np. Perfumesco , Erbel Cosmetics , PachnidelkoE-Glamour.pl) aby mieć pewność, że nie trafimy na produkty podrabiane.

Nuty: jagody jałowca, pieprz, wetyweria, pomarańcza, dzięgiel, kardamon, cukier, wiśnia, skóra, cynamon, korzeń irysa, bursztyn.

 

Niewyraźny waniliowiec bez charakteru – Lancome „La Nuit Tresor a la Folie”

 

Lancome „La Nuit Tresor a la Folie”

Flanker „a la Folie” jest zdecydowanie mniej udany niż klasyczny La Nuit Tresor. Podczas gdy w tamtym dominowały smakowite praliny nadziewane esencjonalną owocową konfiturą, tutaj przoduje mdława wanilia z echem syntetycznej czerwonej porzeczki. Kompozycję dopełnia równie niemrawa róża i kremowy jaśmin.

Jest budyniowo, nijako, a i parametry użytkowe są znacznie gorsze niż w klasyku. Są to perfumy do tego stopnia jednowymiarowe, że w zasadzie trudno mi recenzując je napisać więcej niż pozbawione wyrazu i nieciekawe. Jedyna rzecz, która mi się w tym zapachu podobała to dość subtelne pudrowe wykończenie.

„La Nuit Tresor a la Folie” skrojony jest zgodnie z najnowszymi perfumowymi trendami – niekontrowersyjny, słodki i pozbawiony indywidualnego charakteru. Polacałabym go tylko ortodoksyjnym miłośnikom wanilii, zwlaszcza tej nieskomplikowanej w stylu „Poison Girl” Diora.

 

Nuty: wanilia bourbon, fasolka tonka, czerwona porzeczka, benzoes, róża damasceńska, ambroksan, gałka muszkatołowa, paczula, gruszka, różowy pieprz, peonia, fiołek, nuty drzewne, jaśmin, bergamotka.