Jaśmin zanurzony w melancholii – Bvlgari „Jasmin Noir”



Bvlgari „Jasmin Noir”

Przy otwarciu zaskakuje cierpkością, zielonymi nutami i wydaje się dość nijaki. Później dopiero przeobraża się w balsamiczną świetlistość i prawdziwie narkotyczny jaśminowo-migdałowy trans. Mimo, że jest to kompozycja popularna i należąca do tak zwanego mainstreamu,  ani przez chwilę nie wkracza w banał.  Zgodnie z nazwą, perfumy te naznaczone są jakimś ciemnym piętnem niczym kiście jaśminu majaczące widmowo w półmroku jak blade płomyki świec. Tytułową czerń należy chyba interpretować jako sugestię oryginalności, niecodzienności (wszak czarny jaśmin to nie to samo co zwykły, biały) i pewnej powagi jaką niewątpliwie ma w sobie ten zapach. To nie jest kompozycja figlarna i dziewczęca, nie wiosenna promienność gra tu pierwsze skrzypce, (choć takie skojarzenie połączenie jaśminu z gardenią może wywoływać) ale pełnia lata – kiście kwiatów na granicy i przekwitania, zanurzone w pulsującym przedburzowym powietrzu.

Niestety, już po godzinie noszenia, jego woń na nadgarstku mocno się rozmywa i ulatuje, trwałość nie jest więc jedną z niewątpliwie licznych zalet „Jasmin Noir”.

Nuty zapachowe: jaśmin wielkolistny, migdał, gardenia, lukrecja, fasolka tonka, wyszukane drewna, ambra, piżmo, paczula, nuty zielone.

Truskawkowy koktajl w najlepszym wydaniu – Valentino „Valentina Pink „

 

 

Valentino Valentina Pink

Cała seria zapachów „Valentina” to ciekawe, eleganckie, ani nie w stu procentach formalne, ani zupełnie casualowe kompozycje. Przyrównując je do świata mody,  będzie to raczej  sukienka w romantycznym stylu, niż oficjalna garsonka lub T-shirt i jeansy.

Truskawka w perfumach jest nutą dość trudną, zwłaszcza jeśli ma pełnić dominującą i definiującą zapach rolę. Często występuje w plastikowo – syntetycznym i krzykliwej, albo schowanej za inne nuty, ledwo zauważalnej postaci. Owoc ten w Valentinie Pink jest jednak przedstawiony po mistrzowsku, co nie znaczy, wcale, że zupełnie tożsamy z realistyczną truskawką prosto z krzaka. Jest to raczej owoc miodowy i deserowy, z echami podanej w wyciszonej zamszowości róży. Perfumy te są wprawdzie dzięki duetowi truskawki i praliny dość słodkie,  ale ich słodycz jest w specyficzny sposób świeża i orzeźwiająca. Nie przytłacza, mimo, że nuta nektarowych, miodnych trukawek jest gęsta i głęboka.

Jakkolwiek  róż jako kolor nie jest zwykle kojarzony z elegancją i dobrym smakiem, to ten z „Valentiny Pink” jest w jak najlepszym guście, między innymi dzięki wysubtelniającym aksamitnym tonom i naturalnemu ujęciu. Tak mógłby pachnieć truskawkowy sorbet podany na srebrnej zastawie pod bukietem z róż i peonii. Rozsnute w tych  perfumach akordy tworzą całkiem elegancką, a jednocześnie radosną i dziewczęcą całość. „Valentina Pink” spodoba się poszukiwaczkom perfum wiosennych i letnich w charakterze, ale jednocześnie nieco cięższych niż zwykle proponowane na ten sezon wodne zieloności i przejrzyste kwiaty. Trwałość bez zarzutu.

 

Nuty: truskawka, jeżyna, róża majowa, pralina, piżmo, piwonia, bursztyn, drzewo kaszmirowe.

Pogrzebane żelazo, żrące kadzidło i gadzi pot – Zoologist „Tyrannosaurus Rex”

 

Zoologist „Tyrannosaurus Rex” 

„Tyrannosaurus Rex” marki Zoologist to mieszkaniec najdalszych kręgów niszowych światów, a fakt ten staje się oczywisty już po pojedynczym psiknięciu. Zapach, nawet jeśli aplikowany został w minimalnej ilości,  rozpoczyna się  uderzeniem mocarnym jak ucisk gadzich szczęk – mieszanką czegoś co pachnie zaschniętą krwią, zardzewiałym żelazem i surową skórą.

W „Tyrannosaurus Rex” dużą rolę grają nuty animalne, zwłaszcza wyrazisty cywet. Trudne same w sobie, dodatkowo są one osnute na  żrącym jak kwas kadzidle i zaśniedziałym akordzie metalu, który długo leżał w ziemi. Straszliwa moc i trwałość tych perfum, dziwaczne toksyczno-gryzące nozdrza kombinacje sprawiają, że nie jestem w stanie zbliżyć twarzy do nadgarstka na bliżej niż 20 cm bez poczucia, że zapach przeżera mi nozdrza. Gdyby w czasach dinozaurów istniała bomba atomowa, to tak właśnie pachniałyby prawdopodobnie truchła kopalnych gadów dogasające w radioaktywnej chmurze po wybuchu.

Perfumy wyłącznie dla wielbicieli mocnych wrażeń i zapachowych eksperymentów.

Nuty: olibanumcywet, skóra, żywice, olej jałowcowy, jodła, magnolia champaka, czarny pieprz, liść laurowy, geranium, róża, paczula, ylang-ylang, gałka muszkatołowa, osmantus, drzewo sandałowe, wanilia, jaśmin, neroli, bergamotka.

Kwiatowe piżmo na ziarnach kawy – Cacharel „Noa”

 

Cacharel „Noa”

 

Noa, które na rynku pojawiły się w 1998 roku, to perfumy trudno definiowalne. Z jednej strony należą do konwencjonalnego, mainstreamowego nurtu, a z drugiej są bardzo unikalne w wyrazie i w ciekawy sposób zbudowane na przeciwieństwach i kontrastach.

Noa jest jednocześnie pełna ostrej, wręcz przeszywającej świeżości jak i wypełniona kremową, gładką materią. Bywa na przemian lodowo mroźna by za chwilę przeobrazić się w ciepłe i waniliowo gładkie zjawisko.

Ciekawym elementem jest nuta kawy – gorzkawe, niezmielone ziarna wprzęgnięte pomiędzy kwiatowo-piżmowe przestrzenie. Dryfując między ostrym a jednocześnie miękkim piżmie i kwiatowych gładkościach tworzy akcent, który mocno wyróżnia te perfumy wśród innych kwiatowych woni.

Wbrew wrażeniu jakie może nasuwać eteryczny, przypominający bańkę mydlaną flakon, Noa, przy całej swojej przejrzystości i świeżości nie jest bynajmniej zapachem lekkim ani uniwersalnym. Piwonia i kawa odcinają się dość ostro z ogólnej kremowej struktury i mogą być postrzegane przez jednych jako drażniący, a przez innych jako piękny i unikalny akord.

 

Nuty: białe piżmo, piwonia, kawa, lilia, frezja, konwalia, drzewo sandałowe, wanilia, kolendra, jaśmin, nuty zielone, zielona trawa, ylang-ylang, kadzidło, fasolka tonka, brzoskwinia, cedr, śliwka, róża.

Złociste ciepło mirry i bursztynu – Serge Lutens „Ambre Sultan”

Serge Lutens „Ambre Sultan”

Ambre Sultan określiłabym jako perfumy miodowo-korzenne. Są gęste, ciepłe, przydymione i żywiczne.

Nuta bursztynu jest tu mocno osłodzona mirrą, a jednocześnie chropowata szorstkim drewnianym akordem. Wanilia nadaje momentami podobieństwo do woni imbirowych czy cynamonowych ciasteczek, ale wrażenie to pojawia się by po chwili znów zniknąć zasnute balsamicznym dymem.

Ci, którzy znają dobrze perfumy tej marki, z łatwością dostrzegą w Ambre Sultan typową Lutensowską duszę. Odnajdziemy tu złociste ciepło, trochę suchych drzewnych nut i rozgrzewające przyprawy ze sklepu kolonialnego, które znamy już choćby z Feminite du Bois, Chergui czy La Couche du Diable.

Mimo, że zapach jest wyraźnie korzenny, składniki rodem z kuchni : liść laurowy, oregano czy kolendra, nie są tu na szczęście indywidualnymi zapachowymi bytami, lecz wrzucone zostały do wrzącego kotła pełnego żywic, balsamów i miodowego bursztynu.

Jak na niszę jest to dzieło przystępne, niezbyt trudne do noszenia, pod względem kontrowersyjności w kategorii przyprawowej bije go na głowę chociażby, mainstreamowy przecież, Jungle L`Elephant Kenzo.

Mimo nazwy, Ambre Sultan wcale nie kojarzy mi się orientalnie. To raczej europejska jesień – rozgrzane wrześniowym słońcem, ociekające słodkawą żywicą drewno i powrót przez osnutą babim latem łąkę do domu, gdzie na stole czekają korzenne pierniczki.

Nuty: żywice, bursztyn, liść laurowy, mirra, drzewo sandałowe, benzoes, kolendra, wanilia, oregano, paczula, dzięgiel, mirt.

Śródziemnomorski cyprys z lawendą – Roberto Cavalli „Paradiso Azzurro”

 

Roberto Cavalli „Paradiso Azzurro”

W intensywnie błękitnej buteleczce kryje się prawdziwie śródziemnomorska woń. Kompozycja ta bardzo zręcznie splata ze sobą słodkie, gorzkawe i świeże nuty rysując obrazy włoskich czy greckich wybrzeży wraz z plątaniną wąskich uliczek, bielonymi budynkami i lazurowym, jak sam flakon „Paradiso Azzurro”, horyzontem. Wśród nut dominuje cyprysowa drzewna goryczka razem z delikatnie słodką, ale wyraźnie zaznaczoną lawendą i miękkim jaśminowym tonem.

Moim zdaniem, Azzurro stanowi najciekawszą propozycję z serii Paradiso –  klasyczna wersja jest trochę nijaka, Assoluto nadmiernie ugładzona maślanym jaśminem a Gemma pokazuje czasem jakby męskie, kolońskie nuty. Dodatkowo, trwałość jest również godna pochwały.

Podsumowując, „Paradiso Azzurro” to zapach wyciszonej świeżości. Niesie ze sobą pewne morskie konotacje, jednak nie ma wyraźnie słonych nut – to raczej woń powietrza w oddalonym od plaży toskańskim gaju. Świetlisty jaśmin, cyprysowa gałązka i bukiet lawendy w nadmorskiej kafejce.

Nuty: cyprys, dziki jaśmin, lawenda, nuty wodne, bergamotka, jabłko, drewno kaszmirowe, mandarynka, tuberoza, drzewo bursztynowe, drewno sandałowe, wanilia, brzoskwinia, róża.

Niszowa skóra z lakierem – Mancera „Wild Leather”

 

Mancera „Wild Leather”

„Wild Leather” to zdecydowanie nie zapach dla każdego, a nawet powiem, że dla mało kogo. Chyba tylko miłośnicy głębokiej niszy się go nie ulękną.

Już otwarcie jest bardzo intensywne, z flakonu wydobywa się kaskada mchu dębowego połączonego ze skórą, surową i gorzką, oraz zapachem rozpuszczalnika.

I ten oto właśnie zapach przemysłowego lakieru dominuje całą kompozycję – pozostałe składniki  ugrzęzły tylko niemrawo w jego rozlewisku, wydając od czasu do czasu delikatne gwajakowe czy paczulowe westchnienia. Wraz z rozwojem perfum na skórze pojawia się dodatkowo trochę nut ziemistych i tych przypominających benzynę. I to by było w zasadzie na tyle. „Wild Leather” są perfumami linearnymi, nie ewoluującymi i opisywany stan utrzymuje się do końca ich (długiego, około 7 godzinnego) trwania.

Kto może być adresatem tych perfum? Producent określa go jako uniseks, ale widzę go tylko na lubiących wszelkie dziwności, ekscentryczności i śmiałe eksperymenty paniach. Dla mężczyzn powinien być łaskawszy, choć nadal pozostaje pachnidłem mocno niekonwencjonalnym.

Nuty: skóra, mech dębowy, drzewo gwajakowe, paczula, białe piżmo, róża bułgarska, bursztyn, fiołek, sycylijska bergamotka.

Elegancja perłowego naszyjnika – Chanel Coco EDT

 

Chanel Coco EDT

Coco w wersji wody toaletowej są od klasycznej wersji EDP bardziej słodkie i niosą ze sobą więcej konotacji vintage. Nie ustępują jej jednak ani na krok mocarną projekcją i wielogodzinną trwałością.

Mimo, że w składzie nie wymieniono aldehydów, wyczuwalne są w tych perfumach ich charakterystyczne lekko mydlane akordy. Wybrzmiewają one bardzo delikatnie, są ukryte za innymi nutami i świetliste, nadając matowo-pudrowej Coco więcej przestrzeni.

Róża obecna jest tu w odsłonie kosmetyczno-vintage, nie przywodzi na myśl żywego kwiatu, lecz różaną pomadę z początków minionego stulecia stojącą na eleganckiej toaletce. Kwiat ten został również wyraziście doprawiony goździkami. To właśnie intensywna goździkowa korzenność jak i słodkie nuty bardzo dojrzałej brzoskwini oraz mimoza, są cechą odróżniającą Coco w wersji EDT od tej w postaci wody perfumowanej.

Coco, w obu swoich odsłonach, to kompozycja kunsztownie skrojona, będąca uosobieniem pojęcia wytworności i ponadczasowej elegancji. Stanowi ona jedność z balowymi rękawiczkami do łokcia i sznurem pereł – mogłaby nosić je Grace Kelly czy gwiazdy międzywojennego kina. Idealny wybór dla wielbicieli retro klasyki z duszą.

Nuty: goździki, róża bułgarska, drzewo sandałowe, opoponaks, bursztyn, brzoskwinia, kolendra, cywet, mimoza, wanilia, fasolka tonka, mandarynka, labdanum, jaśmin, kwiat pomarańczy, koniczyna.

 

Cytrynowy imbir z zieloną herbatą – Penhaligon`s „Malabah”

 

 

Penhaligon`s „Malabah” 

 

Otwarcie „Malabah” jest aromatyczno-korzenne. Wyraźnie wyczuwalny jest świeży imbir i soczysta cierpkość cytryny, która początkowo jest nieco detergentowa i syntetyczna, ale wrażenie to szybko zanika. Pięknie przedstawiono w tej kompozycji imbir, który iskrzy się, wibruje, a jego pikantne nuty w ciekawy sposób splatają się z cytrusowymi akordami.

Po kilkunastu minutach zapach przycicha – cytryna ze sztucznego laboratoryjnego tworu zamienia się w naturalny cytrynowy sok lekko dosłodzony cukrem i pojawia się wyraźna nuta zielonej herbaty. Nadal jest świeżo i korzennie (gałka muszkatołowa, kolendra i kardamon w składzie), ale również bardziej słodko i wręcz aksamitnie.

Perfumy te kojarzą mi się raczej z wiosenno-letnią porą, chociaż w ciepły jesienny dzień sprawdzą się równie dobrze. Imbir nadaje chłodnego przewiewu, zielona herbata jest przejrzysta i orzeźwiająca a cytryna zaskakująco łagodna, wygładzona bursztynowym muśnięciem.

„Malabah” z pewnością wzbudzi zainteresowanie tych, którzy szukają niebanalnych, świeżych perfum z delikatnie i naturalnie zarysowaną cytrusową nutą oraz pikantną szczyptą przypraw. Projekcja zapachu jest raczej dyskretna, trwałość około 4-5 godzin.

Nuty: cytryna, imbir, herbata, gałka muszkatołowa, róża, bursztyn, kolendra, drzewo sandałowe, piżmo, korzeń irysa.

Lato, plaża i olejek do opalania – Giorgio Beverly Hills „Wings”


Giorgio Beverly Hills „Wings”


Zacznijmy może od kilku informacji o firmie, która nie była dotychczas w naszym kraju specjalnie rozpoznawalna. Giorgio Beverly Hills to pierwszy luksusowy butik otwarty w 1961 roku na Rodeo Drive w Beverly Hills w Kalifornii. Jego twórcami byli Fred Hayman i George Grant. Klientelę tej marki stanowiły między innymi tak sławne osoby jak aktorka Natalie Wood, prezydent USA i jego żona – Ronald i Nancy Reagan, księżna Grace czy Elizabeth Taylor.

Perfumy „Wings” powstały w 1992 roku. Zapach ten określiłabym jako uosobienie lata i wszystkiego co się z nim kojarzy. Dominujące nuty zapachowe : gardenia, lilia, bez, osmantus, jaśmin i cyklamen tworzą słodko-rześką całość, która przypomina kwiatowy olejek do opalania. Nazwa „Wings”,  i flakon z lazurowym korkiem wypełniony przejrzysto-żółtą cieczą w kolorze oliwki świetnie oddaje charakter tych perfum – są beztroskie, słonecznie ciepłe i uskrzydlone. Przywodzą na myśl plażowy piasek, błękit nieba i morza.  „Wings” to zapach niekontrowersyjny, zdecydowanie dzienny, doskonały podczas letniego urlopu, który z pewnością ubarwi swoim słonecznym wdziękiem. Dość dobra trwałość, ale w moim przypadku trzyma się blisko skóry.

Nuty: gardenia, lilia, bez, osmantus, aksamitka, jaśmin, cyklamen, heliotrop, passiflora, róża, drzewo sandałowe, bursztyn, cedr, piżmo, orchidea.